Home > Artykuł > Kwiecień 2021 > Jak genetyk ihumenią została

Jak genetyk ihumenią została

O swojej drodze z laboratorium genetycznego do Francji, a w końcu do monasteru, o swoim ojcu duchowym św. starcu Gabrielu (Urgebadze)
oraz o przywróceniu monastycyzmu w postsowieckiej Gruzji, opowiada ihumenia Elżbieta (Zedgenidze).

Z zawodu jestem genetykiem. Nie byłam religijna w młodości, a przyszłam do klasztoru, by modlić się za moich przodków. W moim rodzie był wielki męczennik Jotam Zedgenidze, który żył w XV wieku i za cenę swego życia uratował króla Jerzego VIII. Dowiedziałam się już po przybyciu do monasteru. Ukończyłam wydział biologii w Tbilisi, a następnie studia podyplomowe w Moskwie. Tam obroniłam pracę magisterską z immunologii i alergologii i pracowałam w Centralnym Laboratorium Naukowo-Badawczym. Kiedy wróciłam do Tbilisi, zostałam kierownikiem laboratorium badań nad AIDS. To było w 1982 roku, prowadziłam je przez wiele lat.

Czasami szłam do cerkwi – gdy przyjeżdżali goście i należało pokazać im historyczne miejsca Gruzji, zabierałam ich do świątyń. Ale ogólnie byłam niewierząca. Za to moja babcia była religijna. Pochodziła z rodu Bagrationi i podczas rewolucji wyemigrowała do Francji, do Paryża. Jej siostry pozostały, stały się niewierzące, ale ona zachowała wiarę. Zawsze zapraszała mnie do Francji, ale nigdy nie dostałam wizy. Pewnego dnia, kiedy odkryliśmy wirusa AIDS, specjaliści z Ameryki i Rosji przybyli do nas, aby wziąć udział w badaniach nad szczepionką. Był rok 1989 – taki czas, że KGB stało za każdym rogiem, abyśmy nie mogli nic więcej powiedzieć Amerykanom. I jeden z KGB-owców zachorował. Miał pryszcze na twarzy. Zaczęłam go leczyć i wkrótce wyzdrowiał. – Jak mam ci dziękować? Chcesz pieniędzy? – Nie trzeba, mam dobrą pensję. Poprosiłam o wizę do Francji. – Masz świetną pracę, więc nie uciekniesz, dawaj paszport. I do[1]stałam wizę na rok.

Babcia była bardzo podekscytowana moim przyjazdem. Chciałam kontynuować pracę, więc zabrała mnie do Instytutu Pasteura. Radziecki dyplom dla Francuzów nic nie znaczył, ale zgodzili się mnie zatrudnić pod warunkiem, że najpierw przez sześć miesięcy będę pracowała jako technik laboratoryjny i ukończę kilka kursów.

Babcia często mnie namawiała, żebym poszła z nią do cerkwi. I pewnego dnia budzi mnie o 6 rano: – Zbieraj się, idziemy na służbę.

Jakoś mnie namówiła. W Paryżu znajduje się gruzińska cerkiew św. Nino, którą dla emigrantów założył św. męczennik Grzegorz (Peradze) – zginął w Auschwitz w 1942 roku. Ale w tym czasie nie było tam batiuszki, więc babcia chodziła do greckiej cerkiewki. Przed wyjściem wypiłam kawę i poszłyśmy na Liturgię. W cerkwi babcia mówi: – Idź do priczastija. – A co to jest? – Później ci wyjaśnię. Ale najpierw idź do spowiedzi.

Batiuszka mówił tylko po grecku. Spojrzał na mnie i powiedział: – Niech wszystko, czym zgrzeszyła od urodzenia, będzie na mnie. I taka to była spowiedź.

Powiedziałam, że piłam kawę, wiedziałam przecież, że babcia zawsze chodziła na Liturgie na czczo. Odpowiedziała, że nie szkodzi. W ten sposób po raz pierwszy w życiu poszłam do priczastija. Patrzę, a tam wszyscy komunikowani są z jednej łyżeczki. Przeraziłam się więc, że zaraz się czymś zarażę! Ale poszłam. Następnego dnia obudziłam się i stwierdziłam: Wracam do Tbilisi!

Do pracy przyjęli mnie bez problemu, gdyż brakowało specjalistów. Miesiąc później jednak coś zaczęło mnie dręczyć. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, nie wiedziałam co robić. Ciągle źle się czułam i nie wiedziałam dlaczego. Pewnego popołudnia po powrocie do domu mechanicznie włączyłam telewizor, choć nigdy nie miałam takiego nawyku. A tam pokazywano monaster Piuchticki w Estonii. I właśnie śpiewali Pieśń Cherubinów. Momentalnie postanowiłam: idę do klasztoru. I wtedy zadzwonił mój kole[1]ga z pracy, coś chciał ode mnie. Mówię mu: – Przyjdź dzisiaj. Jutro mnie tu nie będzie. – Dokąd jedziesz? – Do Monasteru Piuchtickiego. Chcę zostać mniszką. – Zwariowałaś? Dlaczego do Piuchtic? W Gruzji też jest żeński klasztor, jedź do Mcchety. – Nie, tam na pewno jakiś ksiądz będzie z KGB, nie chcę tam iść. – Tam nie ma KGB, za to jest starzec Gabriel. Jedź, spodoba ci się. A jak się nie spodoba, pojedziesz do Piuchtic.

I pojechałam do Mcchety swoim samochodem. Przyjechałam, nie mając pojęcia o życiu religijnym. Kiedy zobaczył mnie o. Gabriel, powiedział: – O! Nasza przyjechała. Ileż wspaniałych rzeczy zrobimy razem! Zostań i mieszkaj tu z nami.

I tak zostałam w klasztorze. Najtrudniej było nauczyć się cierpliwości. Pokora i niepotępianie nikogo są naprawdę bardzo trudne. O. Gabriel uczył nas na swoim przykładzie. Stał się moim mentorem, duchowym ojcem i bardzo pomagał w życiu zakonnym, o którym nie miałam pojęcia. Był bystry, udawał głupiego i modlił się prawie przez całą dobę. Jego „głupota” nie zawstydzała mnie i nie zawstydzała nikogo, ponieważ widzieliśmy, że jest wielkim starcem. Było to widoczne nawet na jego twarzy – cały promieniał i miał w sobie tyle miłości, że cokolwiek powiedział, wszyscy to robili. Kiedy miałam się spowiadać, nie musiałam nic mówić. Zawsze mnie wyprzedzał: – A co, popadłaś w przygnębienie? Musisz się modlić i pracować cały czas, wtedy nigdy nie będziesz przygnębiona. Podczas nabożeństw był nie na ziemi, a w niebie. Czuliśmy się tak, jakbyśmy byli w raju. Kilka razy wchodziłam do jego kieli i widziałam jak się modlił, odrywając się 20 centymetrów od ziemi. To był prawdziwy święty. O. Gabriel zawsze mówił: – Kochajcie się wzajemnie, każdego człowieka! A kiedy uchylił mantię, widoczne były żelazne okowy, którymi był opasany oraz napis na nich: „Bóg jest miłością”. Nauczał: – Nigdy nikogo nie osądzaj. Niech to będzie Twoja dewiza. Jeśli nie możesz kochać wszystkich, przynajmniej nie osądzaj nikogo.

Był taki przypadek: w okolicy krążyła banda i pewnego dnia ci ludzie przyszli z bronią do klasztoru. O. Gabriel wyszedł do nich i powiedział: – Stójcie, bandyci! Myśleliśmy, że te[1]raz będą strzelać, już wyciągnęli broń. I wtedy ich przywódca, gdy spojrzał w twarz starca, powiedział: – Zostawcie go w spokoju. I czyńcie to, co wam każe! Ojciec rozkazał: – Rzućcie broń na ziemię! Rzucili. – Wynoście się z klasztoru! Wynieśli się. – A teraz idźcie do świątyni i módlcie się! I ci bandyci jak owce poszli za nim do świątyni i modlili się, a potem pokłonili się przed starcem i odeszli.

Innym razem do Gruzji przyjechał Anatol Kaszpirowski. O. Gabriel wiedział o tym i ostrzegał, że to szarlatan, zły duch i że wszyscy musimy się modlić. W efekcie Kaszpirowski nie mógł odbyć swojej sesji, transmisje telewizyjne nie udały się i dwa dni później wyjechał.

Kiedyś poprosiłam starca, by opowiedział o swojej drodze do monaszestwa. Gdy miał 12 lat, jego ojciec brał czynny udział w niszczeniu świątyń. Gabriel nigdy nie czytał Ewangelii, ale chodził i zbierał ikony, które ludzie wyrzucali. Przyklejał je do kartonu i robił ramki z puszek. W ten sposób zamienił swój pokój w cerkiew. Pewnego razu spotkała go Rosjanka i zapytała: – Dlaczego to zbierasz? – Na tych zdjęciach są święte oblicza. – A Ewangelię czytałeś? – Nie. – To przeczytaj, a dowiesz się wszystkiego.

Zaczął więc zbierać pieniądze na zakup księgi i w ciągu dwóch lat zebrał 70 rubli. Udał się do bukinistów. Przeszedł jarmark wzdłuż i wszerz, ale Ewangelii nie znalazł. W drodze powrotnej pewien starzec spytał go: – Czego szukasz? – Ewangelii. – Mam ją. – A ile kosztuje? – Kosztuje tyle, ile masz. Dokładnie 70 rubli. Dałem mu więc te 70 rubli, wziąłem Ewangelię i rozradowany pobiegłem do domu. Ale potem obejrzałem się i przypomniałem sobie, że przecież zapomniałem podziękować. Obróciłem się, ale on zniknął.

na podst. pravmir.ru
Paweł Krysa

fot. pravmir.ru

Odpowiedz