Michal Rošič dobrze zarabiał w Bratysławie na budowie. Kierował dwudziestoosobową brygadą. Trzy tygodnie pracował i na tydzień wracał do domu, gdzieś pod Preszowem. Do cerkwi „chodził, nie chodził”, jak mówi. I oto w czasie jednego z tych wolnych tygodni spotkał duchownego. Zaczęli gwarzyć.
– Wyższej szkoły nie chcesz skończyć? – pyta duchowny.
– Nie, mam dobrą pensję – odpowiada o. Michal.
– A na duchownego nie chcesz iść? – dalej batiuszka.
– Chcę!
– Naprawdę?
– Naprawdę!
– Ze mną było tak jak czytamy w żywotach świętych – mówi o. Michal. Pan mówi: „Idź za Mną”. I człowiek idzie.
Zaczął studia na fakultecie teologii prawosławnej Uniwersytetu Preszowskiego. Złożył papiery, ale nie był świadom, że za studia ktoś musi zapłacić. Jego oszczędności szybko się wyczerpały. Ani ojciec, ani matka nie chcieli pokrywać kosztów studiów syna. Byli unitami, jak wszyscy w okolicy, i wybór syna im się nie podobał.
Unia na drugą stronę Karpat do Rusinów – albo Rusnaków, jak siebie nazywają – przyszła po akcie użhorodzkim, podpisanym z Rzymem w 1646 roku. Powiedziano im wtedy: „Służcie tak jak dotąd, po cerkiewnosłowiańsku, według waszego obrządku, tylko papieża Rzymu wspominajcie”. Wspominali i czuli się prawosławni. Aż przyszła Maria Teresa (1717-1780), władająca Cesarstwem Austro-Węgierskim, ta, która wzięła udział w I rozbiorze Polski, i wydała nakaz, by wszystkich Rusnaków zapisać jako grekokatolików. I tak o. Michal przyszedł na świat w środowisku greckokatolickim.
Kto więc zapłaci za studia? Znalazł się starszy batiuszka, o. Michail, dziś już nie żyje, który regularnie pisał listy do różnych duchownych, prosząc ich o pomoc. I ta przychodziła.
Był rok 1984. Dzwoni o. Michail i mówi, że z Polski przyszła zajawka – obóz roboczy organizują w Supraślu.
– Pojedziesz? – pyta.
Michal Rošič – był po pierwszym roku studiów – wyruszył z dwoma kolegami, teraz ihumenem Metodym i o. Iwanem. Granice jeszcze szczelne, świat nieznany. Przez Warszawę dotarli do Białegostoku, a tam czekał na nich Włodzimierz Misijuk, dziś też duchowny. Najpierw skierowali się do eparchii. Młodych Słowaków przywitał metropolita Cerkwi w Polsce Sawa, wtedy władyka białostocki i gdański i dał o. Michalowi pakiet papierowych ikonek. W Supraślu zamieszkali w drewnianym domku. Poznali tam Sławomira Makala i młodych ludzi z wielu krajów. W dzień rozbierali cegły, a wieczorem śpiewali na wysokim brzegu rzeki Supraśl przy ognisku. I tak, pracowicie i radośnie, upłynęły dwa tygodnie.
Wracają. Na granicy celnik wyjmuje z torby o. Michala ikonki. Od razu zakłada mu kajdanki i prowadzi do aresztu. Z rana odwiedza go naczelnik przejścia granicznego.
– Ty co, nie wiesz, że ikon nie można przez granicę przewozić? – rzuca.
– Nie wiedziałem. One papierowe. Ja student teologii – bronił się o. Michal.
– No dobrze.
Puścili. Ale do dziś w o. Michale pozostał strach przy przekraczaniu każdej granicy.
W osiemdziesiątym szóstym znów pojechał do Polski. Szedł na Grabarkę. W niewielkich grupach przemieszczali się nielegalnie młodzi pielgrzymi na Świętą Górę. Gdy fotografowała ich milicja, pątnicy z Polski przysłaniali o. Michala, by ten nie miał problemów na granicy, bo w Czechosłowacji komunizm był wciąż ostry. Od tego czasu 26 razy pielgrzymował na Grabarkę! Chodził rok w rok. Zaczął wozić ze sobą cały autokar Słowaków, po 30-40 osób.

Potem, gdy minęły rządy komunistyczne, zaczął i u siebie pielgrzymować do wsi Uličské Krivé. W tej wsi na górze Horb niósł podwig jeszcze w latach osiemdziesiątych minionego wieku mnich Ignacy. Znał tylko język rusiński, ale chodził po całej Słowacji i nauczał ludzi tylko w tym języku, a wszyscy go rozumieli i myśleli, że mówi po słowacku. Taki miał dar od Boga. Ci, u których zatrzymywał się na noc, opowiadali, że modlił się po całych nocach. Za jego sprawą dokonywało się wiele cudów, uzdrowień.
– Myślę, że nasza Cerkiew kanonizuje mnicha Ignacego – mówi o. Michal.
d razu po studiach ówczesny władyka Cerkwi Czechosłowacji
Nikanor wybrał o. Michala na proboszcza katedralnej cerkwi w Ołomuńcu. Służył trzy lata. Potem przez dwa lata odbywał służbę wojskową.
Po wojsku o. Michal służył w kolejnych parafiach, w których wybudował pięć cerkwi.
– Dla kogo, jeśli wokół grekokatolicy? – można zapytać.
By wyjaśnić sytuację, o. Michal sięga głębiej.
– Do rewolucji wszyscy byli zapisani jako grekokatolicy. Ale po 1917 roku do słowackiej wsi Vladimirova przyszli mnisi z Poczajowskiej Ławry, gdzie szalały prześladowania za wiarę i założyli skit. Zaczęli drukować prawosławną literaturę, rozdawać ją ludziom i tłumaczyć im, kim oni prawdziwie są. Ludzie kiwali głowami: „Tak, to nasza wiara, prawosławna”. W czasie drugiej wojny wielu unitów poszło na współpracę z banderowcami i Niemcami. Po wojnie komuniści powiedzieli im: „Dość! Będziecie albo prawosławnymi, albo rzymskimi katolikami”. No to przechodzili na prawosławie. Ale potem znów wracali do Cerkwi unickiej, bo tak finansowo było wygodniej. W dodatku w latach 60. Cerkiew prawosławną ogarnęła fala prześladowań – władze zabierały świątynie, prześladowały duchownych. Gdy przyszła nowa demokracja, ta z przełomu lat 80. i 90., zabrano nam wszystkie cerkwie i oddano unitom. Zaczęliśmy budować nowe. Wznieśliśmy ich ponad sto. Na każdą państwo dawało po milionie koron, czyli około trzydziestu tysięcy euro, co pozwalało tylko na rozpoczęcie budowy. Słowacy myśleli, że w sytuacji takiej biedy nasi wszyscy wierni pójdą do unitów. Tak się nie stało.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w e-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Anna Radziukiewicz
fot. archiwum o. Michala Rošičia




