Zwykło się mówić o uniach – w tym także religijnych – w zgodzie z etymologią tego słowa, a więc wydobywając przede wszystkim aspekt łączenia, zespalania części dotychczas odrębnej, samodzielnej, z jakąś większą częścią, z reguły pretendującą do miana całości i uznaną przez tych, co się łączą, za bazę. Takie połączenie wytwarza zawsze nową jakość, zmienia się bowiem nie tylko ontologiczny status każdej ze złączonych części, lecz również następuje przekształcenie wytworzonej nowej całości. Zmiana statusu łączącej się części polega z jednej strony na procesach akomodacyjnych względem nowej bazy, z drugiej zaś, w sposób konieczny pociąga za sobą oderwanie się od bazy dotychczasowej. Unia z nowym czy innym wywołuje zatem odejście od starego. Jako model ludzkich zachowań problem jest dość banalny, dotyczy on w gruncie rzeczy różnorakich konsekwencji dokonywanych wyborów i całego kompleksu uwikłań zachodzących przed i po wyborze. „Żaden sługa nie może służyć dwóm panom, bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego kochał, albo z jednym będzie trzymał, a drugiego zlekceważy” (Łk 16,13, por. Mt 6,24).
Chciałbym tu zastanowić się nad fenomenem i konsekwencjami unii religijnej, głównie na przykładzie unii brzeskiej z 1596 roku, z uwagi na jej modelowy charakter i ogromne znaczenie historyczne. Dla uzyskania klimatu epoki posłużę się wydanymi w Kolonii w 1587 roku pismami jednego z czołowych architektów tych wydarzeń, papieskiego legata Antoniego Possevina SJ.
Jak z nich widać, z perspektywy Stolicy Apostolskiej świat drugiej połowy XVI wieku, świat po soborze trydenckim, dzielił się wyraźnie na kilka sfer: katolicką, heretycką, schizmatycką i dziką. Sfera katolicka jest określona zasięgiem władzy papieża – Pasterza, wikariusza Chrystusowego i Ojca (…). Chrystus…, któremu Ojciec dał władzę na niebie i ziemi, w boskiej hojności udzielił jej także Kościołowi tyle, ile trzeba do rządzenia i do uwolnienia wiary katolickiej z jarzma tyranów. Granice tej jedynej pozytywnej, słusznej sfery są jednak płynne – z jednej strony do Stolicy Apostolskiej przyłączają się Scytowie, Hindusi i jakieś dzikie narody – pisze Possevino – ale w tym samym czasie nieprzyjaciel rodzaju ludzkiego czyni wszystko, aby pomóc heretykom w zniszczeniu władzy ustanowionej przez Chrystusa w Kościele. Ten świat heretyków to świat reformacji, skażony – jak powiada Possevino – grzechem luteranizmu i kalwinizmu oraz poddany kobiecie (Elżbiecie I) Kościół w Anglii, to ludzie, którzy odrzucili Piotra i jego, ustanowionego przez Chrystusa Pana, następcę (s. 116). Jest to świat, który sam siebie skazał na zagładę, wykluczył z planu zbawienia. I gdy miejsce heretyków zajmują nowo nawrócone ludy, jeszcze tylko odzyskania schizmatyków potrzeba, by Kościół rzymski mógł powiedzieć: Wielkie jest miłosierdzie Pana, który swym jedynym i niepojętym duchem może z kamieni powołać do życia synów Abrahama (por. Mt 3,9, Łk 3,8). Na pewno bowiem zostanie złamany także upór husytów i przebiegłość Etiopów, których umysły jeszcze nie nawróciły się do Stolicy Apostolskiej.
Zaiste, nadzieją lepszej przyszłości ożywia nas Ten, u którego wszystko jest możliwe. On zwykł udzielać łaski szukającym Go, a zwłaszcza w tym wieku – w odległej Indii, na Wschodzie, Zachodzie i Południu, po zniszczeniu bożków wszędzie wzniósł znak krzyża i w krótkim czasie sprawił, że Ofiara Zbawienia u różnych narodów odprawia się w języku łacińskim. Pozostaje jeszcze czwarta część, która rozciąga się na północ i na wschód, dokąd prosto należy zanieść Ewangelię.
Owa czwarta część świata to obszar prawosławia. Rzym wiedział, że jest to obszar rozległy i niejednorodny. Źródłem zła – powiada Possevino – są Grecy, uparci i fałszywi. Grecy, od których ci Moskwicini przejęli schizmę, chociaż doświadczali od Stolicy Apostolskiej wielkiej miłości i pomocy pieniężnej i dowiadywali się prawdy, czterdzieści razy łączyli się z nami publicznym wyznaniem, ciągle jednak od nas odchodzili. To najlepiej świadczy, czego należy spodziewać się po pisklęciu, które wylęgło się ze złego jajka.
Gdzie indziej zaś czytamy: Na skutek zrządzenia Bożego Konstantynopolitańczycy i Grecy utracili cesarstwo, prawdziwą wiarę i całą swoją chwałę (…), aż w końcu rzuceni zostali w ciemności zewnętrzne i wewnętrzne. Ta myśl o upadku Konstantynopola jako karze za niepodporządkowanie się postanowieniom unii florenckiej znalazła się nawet w tekście unii brzeskiej. Charakterystyczny jest moment w relacjach Possevina, gdy opowiada, z jaką stanowczością udaremnił kontakt moskiewskiego poselstwa z weneckimi Grekami.
Ruś, która od Greków przejęła schizmę, nie zaznała zatem prawdziwej religii, przeto w jej sercach pozostała dzikość. A Rzeczpospolita chrześcijańska zyskałaby bardzo wiele, gdyby ów naród przeszedł na wiarę katolicką. Mieszkający na terenach rozciągających się aż do granicy Europy i Azji, gdyby byli od początku przyjęli wiarę ortodoksyjną (tj. rzymską) lub gdyby do dziś z niej czerpali, byliby niewątpliwie wielkim dobrem dla kultu Bożego i Kościoła. Possevino uzmysławia Grzegorzowi XIII, że Ruś należy połączyć z papiestwem nie tylko traktatami politycznymi, lecz nade wszystko więzami religii, bowiem bez tego wszystkie więzy łączące ludzi mogą się łatwiej rozerwać. Iwanowi Groźnemu Possevino tłumaczył, że jedynie w Kościele rzymskim jest prawdziwa wiara, taka, jaką wyznawali od czasów najdawniejszych wszyscy mieszkańcy Grecji i Azji. Wystarczy, by car, uznawszy prymat papieża, włączył się do tej jedynej owczarni z jednym pasterzem, a osiągnie wieczną zasługę i walnie przyczyni się do rozgłaszania chwały Bożej i Kościoła Chrystusa. Mogłaby Ruś przez jakiś czas utrzymać swój obrządek, gdyż Moskwicini z największym trudem odeszliby od obrządku ruskiego i zamienili go na obrządek łaciński, a nawet z trudem pozwoliliby, byśmy korzystali z obrządku greckiego. Najistotniejszym i największym bowiem wspólnym błędem Greków i Rusinów jest przekonanie, że mogą osiągnąć zbawienie poza Kościołem rzymskokatolickim. A przecież nie jest (…) prawdziwym Kościołem chrześcijańskim ten, który nie ma porządku i władzy ustanowionej przez Chrystusa, ani ten, który, jeśli niegdyś je miał, nie zachował ich do teraz. Poucza Possevino Iwana, że jeśli ruscy metropolici i biskupi (a było ich jedenastu) nie zostaną zatwierdzeni przez następcę Piotra, Bóg nie będzie uznawał ich za legalnych metropolitów i biskupów ani za szafarzy godnych rozdzielania łaski niebieskiej. Natomiast powrót do pierwotnego stanu najdawniejszej religii greckiej przywróciłby jedność: wtedy nie będzie już ani Kościoła Zachodniego, ani Wschodniego, lecz będziemy stanowić jedno w Chrystusie. Nie odrzucimy twoich świątyń, ofiar ani kapłanów, którzy będą w prawdziwej wierze i rycie sprawowali tajemnice Boże.
Ten oficjalny eklezjologiczny pogląd Rzymu dotyczył w jednakowej mierze obu Rusi – należącej do króla Polski i należącej do wielkiego księcia. Jednak fakt, że biskupi Rzeczypospolitej są poddanymi katolickiego władcy, stawiał ich w nieco innej sytuacji. Possevino wyjaśnia Grzegorzowi XIII, że Rzym zmarnował i nadal traci szansę wykorzystania zależnej od polskiego króla hierarchii prawosławnej (mającej w obrębie swojej władzy duchowej Kijów) do zwalczania schizmy moskiewskiej. Dla nawrócenia Moskwy byłoby rzeczą niezmiernej wagi, gdyby biskupi tej Rusi przeszli na łono Kościoła katolickiego. Wyrzuca Possevino polityce papieskiej, że pomija ową bliższą Ruś i nieopatrznie próbuje wypełnić bardziej niepewne zadanie w Moskwie. To pierwsze sprawozdanie Possevina z roku 1581 jest w zasadzie programem wprowadzenia unii w Rzeczypospolitej jako punktu wyjścia do pozyskania Moskwy. Pisze on tam: Wydaje się wskazane, aby Wasza Świątobliwość napisał do nich, a jest ich ośmiu (włączając ich metropolitę zamieszkałego w Wilnie), miłe breve. (…) Wzywałby ich Wasza Świątobliwość, by poznać prawdę, i uczył, czego się od Stolicy Apostolskiej – jakby synowie od Ojca i Pasterza Kościoła Powszechnego – spodziewać mogą. Wtedy stałoby się, że po zaznajomieniu się z tymi poglądami i po otrzymaniu książek religijnych (…) lepiej zaczęliby myśleć, zwłaszcza gdy pastorał Waszej Świątobliwości tego dopilnuje i wobec Boga będzie to uznane za słuszne.
Moskiewska wizja świata była inna. Car uważał – jak poświadcza Possevino – że nikt go nie przewyższa potęgą, uczonością i prawdziwą religijnością oraz że jest wybrańcem Boga, jakby jakąś zorzą oświetlającą cały świat (s. 61). Sukcesy militarne, imponujące rozszerzenie terytorium imperium, prestiż carskiej korony, samodzielność cerkiewna w wyniku ustanowienia patriarchatu, a nade wszystko izolacjonizm i ksenofobia nadawały kulturze moskiewskiej niepowtarzalny charakter. Uważano tam wszystkich katolików i protestantów za heretyków, mając niejednokrotnie problemy z rozróżnieniem denominacji – przykładem tego jest zarzut Iwana Groźnego, że w obrębie wiary rzymskiej można naliczyć siedemdziesiąt wiar, na co Possevino odpowiadał, że w Rzymie jest jedna wiara, godząca klątwą w siedemdziesiąt i więcej wywodzących się od Lutra herezji. Drzwi prawosławnych świątyń są zamknięte dla wszystkich heretyków, w tym także Ormian. Po wizytach nieprawosławnych posłów car ostentacyjnie umywał ręce, jakby dotknął jakichś brudów. Podkreślano jedność prawosławia, wierzono, że nigdy nie dozna ono podziału. Nic więc dziwnego, że po uzyskaniu pewnych korzyści politycznych Moskwa urwała swoje kontakty z Rzymem. Jednym z głównych celów polityki moskiewskiej pozostało odzyskanie Kijowa i ziem ruskich wchodzących w skład Rzeczypospolitej. Było to dla Moskwy – Trzeciego Rzymu – konieczne, by zapewnić ciągłość własnej tradycji. Pragnienie sprawowania kontroli nad całym obszarem ruskiej (grecko-ruskiej) kultury przez wieki było motorem moskiewskiej polityki. W oczywisty sposób najbardziej zagrożone okazały się ziemie ruskie państwa polsko-litewskiego.
Sytuacja prawosławia w Rzeczypospolitej była bardzo złożona. Istotą prawosławia jest bowiem wsparcie o organizm państwowy, natomiast istniejące państwo polsko-litewskie nie stwarzało żadnych instytucjonalnych możliwości rozwoju tej religii. Koronie nie zależało na ukształtowaniu na wschodzie państwa kulturowego bastionu renesansowego, który zasadzałby się na niepowtarzalnej specyfice wielonarodowej kultury tego terenu. Uzależnienie biskupów prawosławnych od innowierczego władcy w świetle przedstawionej wyżej rzymskiej eklezjologicznej interpretacji, kwestionującej ich kanoniczność i uznającej ich za pseudobiskupów, gwałtowny wzrost znaczenia laikatu prawosławnego, dążącego do ograniczenia władzy biskupiej, upadek polityczny i teologiczny patriarchów Wschodu, zagrożenie moskiewskim autokratyzmem, nieustanna presja niezwykle dynamicznych jezuitów – wszystko to (i wiele innych czynników) wpłynęło na decyzję części hierarchii o przystąpieniu do unii z Rzymem. Synod prounijny nie był uprawniony do podejmowania decyzji w sprawie zjednoczenia Kościołów, gdyż taką kwestię można rozstrzygać jedynie za zgodą patriarchów i całego Kościoła Wschodniego. Z prawosławnego punktu widzenia decyzję o unii podjęła grupa prywatnych osób, które jako biskupi podlegały za ten samowolny czyn karze kanonicznej, przeto zostały pozbawione swoich godności i funkcji. Wierni prawosławiu obywatele Rzeczypospolitej bali się zarówno Rzymu, jak i Moskwy, próbowali dalej walczyć o zupełnie dotąd nieznany model demokratycznego prawosławia. Wyraźne były sympatie protestanckie, bardziej dotyczyły one jednak wspólnego frontu walki z katolicką dominacją niż jakiegoś consensusu dogmatyczno-eklezjologicznego. Niewątpliwa natomiast była sympatia do orientalizujących husytów oraz niechęć do judaizmu i islamu.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w e-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Aleksander Naumow



