Home > Artykuł > Maj 2023 > Emilia i Emilian

W przeciwieństwie do pozornie znajomego serbskiego krajobrazu ze wzgórzami, pagórkami i górami, Wojwodina jest płaska – dookoła niemal po horyzont ciągną się pola, ogrody, łąki. Po górzystym terenie jest to niezwykłe, ale wzrok odpoczywa. Iwan, będąc patriotą Wojwodiny, jest jednak przekonany, że krajobraz krajobrazem, ale i sanktuariami jego region może się naprawdę pochwalić – w nie mniejszym stopniu niż reszta Serbii. Na przykład, mówi, prawie niewidocznym małym monasterem św. Marka Apostoła nieopodal miasteczka Indija niedaleko Belgradu.

– I nie trzeba myśleć – mówi – że wiek odgrywa jakąś decydującą rolę w świętości, że czym starsza tym świętsza: świętość, mój bracie, nie podlega takim prawom. Wydaje się, że monaster jest mały i młody, ale odwiedzając go tutaj, poznając bliżej jego życie, człowiek, myślę, i zachwyci się i podziękuje Bogu: świętość jest także w naszych czasach. Pojedźmy tam.

Jestem za.

Monaster na pierwszy rzut oka przypomina zwykłą cerkiew parafialną, stojącą gdzieś w polu, kilkaset metrów od drogi. Dopiero gdy podejdziemy bliżej, zobaczymy nowy konak – nowy korpus dla sióstr z refektarzem i baldachim nad źródłem św. apostoła Marka oraz drobne monasterskie użytki gospodarcze.

Historia powstania monasteru, zgodnie ze zwyczajowym prawem chrześcijańskiego cudu („U nas cud jak dzień dobry”, mówi wielu) jest prosta – na początku XIX wieku niewidomy pasterz Marko wypasał tu swoje bydło. Okolice są znajome, więc nie obawiał się, że zabłądzi. Ale zabłądził i się przestraszył. Wyczerpany zasnął. We śnie ukazał mu się apostoł i ewangelista Marek, jego patron, oraz Najświętsza Bogarodzica, którzy poradzili mu, aby umył twarz w źródle, którego wody szumiały całkiem niedaleko miejsca, w którym poszedł spać. Umył się i przejrzał. Wdzięczni rodzice umieścili tu ikonę apostoła, zadbali o otoczenie świętego źródła. Później, staraniem duchownych i chłopów, wybudowano tu także cerkiew. Nie można powiedzieć, by była stale pełna wiernych. Nabożeństwa odbywały się tu tylko dwa razy w roku – w dniu modlitewnego wspomnienia apostołów Marka i Bartłomieja, patronów okolicznych wsi. Nie było tu „szczególnych świętości”, relikwii, cudownych ikon. Tak więc świątynia stała skromnie aż do XX wieku z jego strasznymi doświadczeniami i katastrofami.

W czasie komunistycznych prześladowań robotnicy rolni urządzili tu ni to schronienie, ni to melinę. W świątyni, jak mówią naoczni świadkowie, leżały butelki, niedopałki, ściany były porysowane i podrapane – wielu z nas niestety, taki smutny obraz jest dobrze znajomy. Trwało to do czasu, gdy przybyło tu małżeństwo o nazwisku Obradov, które za cel swego życia postawiło sobie ożywienie świątyni i uposażenie monasteru. Z jednym z małżonków, bardzo skromnym, a nawet nieśmiałym, ojcem Emilianem porozmawialiśmy po Liturgii w świątyni. Jest naprawdę bardzo skromny.

– Jaki tam ze mnie swiaszczennik, nie jestem godzien! Zwykły mnich. Zły mnich, opowiem ci. Tu mieszkam, modlę się. Jak to wszystko się stało? Niedługo minie dwadzieścia lat, odkąd przyjechałem tu z żoną. Ona mówi: „Słuchaj, odbudujmy cerkiew, potem też monaster. Dożywamy swych dni, więc przynajmniej w końcu zróbmy coś sensownego”. Zgodziłem się oczywiście.

Muszę powiedzieć, że dorastałem w całkowicie bezbożnym środowisku. Nie ma się czemu dziwić: socjalistyczna Jugosławia, kpiny z Cerkwi, ludziom bardziej zależy na zarabianiu pieniędzy w jakichś Niemczech czy Szwajcarii – jaka tam duchowość. Ogólnie rzecz biorąc, nie wiedziałem absolutnie nic o Bogu. I pracowałem oczywiście w Niemczech. Miałem marzenie – kupić minibus. Niemcy mnie szanowali, nazywali mnie Georg (wcześniej na imię miałem Dżoko), płacili regularnie. Ale czułem się tam jakoś nieswojo – wszystko opierało się tylko na bogactwie materialnym. Patrzysz na człowieka – w jednym oku ma markę niemieckę, w drugim dolar według kursu. Dobra, zarobiłem na furgonetkę, kupiłem ją, wróciłem do domu. I co dalej? Dzięki Bogu poznałem moją przyszłą żonę, nazywała się wtedy Persida. A ona okazała się wierząca. I wszystko wyszło tak jak u apostoła Pawła: Niewierzący mąż zostaje uświęcony przez wierzącą żonę (1 Kor 7,14). I tak krok po kroku Persida doprowadziła mnie do Chrystusa. Nie żeby „piłowała”, naciskała, nalegała, nie – łagodnym, miłym słowem, a nawet spojrzeniem opowiadała mi o Bogu.

Prosiła o pomoc w dostarczeniu np. materiałów budowlanych do jakiejś cerkwi czy podwiezienie pielgrzymów. Więc na początku pracowałem jako kierowca własnej żony, możesz to sobie wyobrazić? Na vanie, na który zarobiłem w Niemczech.

A potem, kiedy już zostałem chrześcijaninem, przyjechaliśmy z żoną w to właśnie miejsce. Starzejemy się już. I, można się zastanawiać, po co nam te wszystkie emerytury, mieszkania – wkrótce umrzemy, a my martwimy się o emeryturę. Postanowiliśmy więc kupić tę działkę, odrestaurować świątynię, wybudować klasztor, a pieniądze wydawać na naszą wspólną sprawę.

Najpierw mieszkali po prostu na polu.

– To była przyjemność. Jedne z najjaśniejszych dni w moim życiu. Wiatr wieje, wokół błoto nieprzejezdne, a my mieszkamy w furgonetce i nie znamy smutku. Żona z czasem założyła ogród i sad, zasiała klomby, pięknie. Ja bardziej zajmowałem się budowlanką – kopałem, czyściłem, tynkowałem.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w e-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Stiepan Ignaszew

tłum. Ałła Matreńczyk

fot. pravoslavie.ru