Home > Artykuł > Marzec 2024 > Architekt

Michał Bałasz, najstarszy pracujący architekt w Europie, ukończył sto lat. Mieszka w Białymstoku i nadal pracuje, ostatnio wraz z zespołem przy budowie cerkwi Życiodajne źródło w Karakulach. Która to już świątynia trudno zliczyć, bo budownictwo sakralne od ponad sześćdziesięciu lat stało się jego specjalnością, a zaprojektowane przez niego cerkwie, kościoły i dwa zbory wznoszą się nie tylko na Podlasiu, także poza jego granicami. Projektował również świeckie budynki, a ich wizytówką stała się rekonstrukcja dworku Adama Mickiewicza w Nowogródku.

– Wszystkie swoje projekty lubię, bo każdy jest inny i mam nadzieję, że przetrwają kilkaset lat – mówił podczas jednego ze spotkań w Galerii Slendzińskich w Białymstoku. – Uważam się za obywatela Wielkiego Księstwa Litewskiego, w którym mieszały się różne kultury i tradycje. Tam skąd pochodzę zawsze obok siebie mieszkali katolicy, prawosławni, Żydzi i Tatarzy. Miałem więc z czego czerpać wzorce.

Rzeczywiście, Wilno, w którym się urodził było tyglem narodowości, religii i kultur. Z okien swego domu widział kościół św. Jakuba i Znamienską cerkiew. Codziennie podziwiał ich urodę, nawet nie przypuszczając, że projektowaniu świątyń poświęci niemal całe swoje zawodowe życie.

Uczył się w gimnazjum kupieckim Braci Jabłkowskich w Wilnie i lubił rysować. Lubił też poznawać historię rodziny.

Dziadek ze strony ojca wywodził się z Szemetowszyzny. Kobylnik, Świr, Niestaniszki to jego rodzinne strony.

Babcia pochodziła z Sulżyńskich, którzy po powstaniu styczniowym nabyli olbrzymią posiadłość pod Turowem. Nie osiedli w niej jednak dziadkowie po ślubie, kupili nowy, ponadstupięćdziesięciohektarowy majątek na Wileńszczyźnie – Prudniki Jamki. Przylegał do latyfundiów Platerów i hrabiego Przeździeckiego, od posiadłości hrabiego Tyszkiewicza oddzielała go rzeka Dzisienka.

Pierwsza wojna światowa zniszczyła posiadłość tak bardzo, że żaden z synów dziadka, ani Aleksander, ani Jerzy, nie wiązali z nim swojej przyszłości. Pierwszy miał już za sobą praktykę felczerską, drugi doświadczenie pracy prikazczyka (sprzedawcy, subiekta) w Samarze. Podzielili majątek na części, swoje sprzedali, jedną trzecią zostawiając siostrom, i wyjechali do Wilna.

Jerzy już z żoną Heleną z domu Jakimowicz i najstarszym synem Aleksandrem. Tam w Wilnie w 1924 roku urodził się im drugi syn, właśnie Michał, za nim przyszły na świat siostry – Weronika i Aleksandra. W domu się nie przelewało. Ojciec, pielęgniarz w szpitalu psychiatrycznym pod Wilnem, zarabiał co prawda 117 złotych miesięcznie, ale trzeba było opłacić czynsz, dzieci ubrać i nakarmić, wyprawić do szkoły. Na szczęście uczyły się dobrze i o nauce nie trzeba było im przypominać. Rodzice między sobą mówili po rosyjsku, regularnie chodzili do Znamienskiej cerkwi, a Michał krótko nawet w niej przysługiwał.

Bałaszowie wynajmowali mieszkanie na Zwierzyńcu, dzielnicy zamieszkałej przez wielu rosyjskich emigrantów. Tu mieszkał pułkownik Ławrow, generał admirał Antoniewicz.

Na ulicach miasta chłopak nieraz spotykał generała Lucjana Żeligowskiego, który „samowolnie” przyłączył Wilno do Polski. Generał chodził w lnianym ubraniu, bo moda na len wśród elit była na Kresach wówczas powszechna.

Nu, dietki, choczetie konfietki? – proponował dzieciom nieraz. Bardzo słabo mówił po polsku.

– Jak to, generał Żeligowski nie umiał mówić po polsku? – nikt nie dawał wiary panu Michałowi, gdy opowiadał o tym po wojnie.

Z pomocą niespodziewanie pospieszył prof. Lorenc. W swojej książce „Album Wileński” wspominał, jak przed wojną jako początkujący konserwator zabytków odwiedził książąt z Mira i jak musiał przejść na francuski, żeby się z nimi dogadać. „Książęta mirscy”, napisał profesor, „niewiele lepiej mówili po polsku niż generał Żeligowski”.

Co roku dzieci Bałaszów wakacje spędzały pod Wilnem, w byłym majątku hrabiego Tyszkiewicza, w którym pracował ojciec. To wtedy Michał poznał członków Akademickiego Klubu Włóczęgów – Miłosza, Jędrychowskiego, Zagórskiego, Sztachelskiego – zbuntowanych młodych ludzi różnych orientacji politycznych. Pozwolili mu nawet nosić swój klubowy sztandar – grube drzewce w kształcie laski ze zwisającymi sznurami.

W 1931 roku Wilno nawiedziła straszna powódź. Woda w ich dzielnicy sięgała 170 centymetrów, po pięknym placu katedralnym łódkami można było pływać. Wtedy Piłsudski, który miał dwa majątki na Wileńszczyźnie – Świątniki i Pikiliszki – udostępnił jeden z nich na kolonie dla dzieci. Michał i Aleksander znaleźli się w tej grupie.

– Dzisiaj spodziewamy się wizyty ważnego gościa – pewnego dnia poinformowali kolonijni wychowawcy. Tym ważnym gościem okazał się sam marszałek, który przyjechał z generalicją, mszę tego dnia odprawił biskup Bandurski.

– Lepiej i wy przyjdźcie – poradził braciom wychowawca, choć jako prawosławni nie musieli brać udziału w katolickim nabożeństwie. Czasy nie sprzyjały jednak niekatolikom, ani dzieciom, ani dorosłym. A już o otrzymaniu pracy prawosławni mogli tylko marzyć.

Nadszedł rok 1939.

– Uciekajmy z miasta, bo to dopiero początek – powiedział ojciec, gdy Rosjanie weszli do Wilna. – Dość się nagłodowaliśmy podczas pierwszej wojny światowej.

Wyjechali w rodzinne strony, do Prudnik Jamek. Wyjechali całą rodziną, bo nawet najstarszy brat Aleksander, który rozpoczął studia medyczne we Lwowie, przebywał akurat w domu na wakacjach. Ojciec dostał posadę kierownika szkoły w Starym Dworze. Uczył matematyki i języka niemieckiego.

Szesnastoletni Michał poszedł do gimnazjum w Postawach, potem pracował też w przedsiębiorstwie leśnym.

Gdy rozpoczęła się okupacja niemiecka, pod ganek domu, w którym mieszkali, podjechała dwukonna kareta. – Czy tu mieszka Michał Bałasz? Pan Jasiński chce pana zabrać na księgowego – poinformował woźnica.

W ten sposób, dzięki znajomości księgowości przebitkowej, jaką wyniósł z gimnazjum kupieckiego, chłopak znalazł pracę w majątku hrabiego Tyszkiewicza, w którym był młyn, elektrownia, łaźnia i piekarnia.

Hrabia Tyszkiewicz przyjechał tam tylko raz. – Kiedyś miałem osiemdziesiąt łóżek, czy dzisiaj znajdzie się dla mnie jedno? – ni to zażartował, ni to zapytał od drzwi.

Nadchodził rok 1944, coraz silniejsza była partyzantka. Michał razem z kolegami wstąpił do AK. Trafił do kompanii sapersko-minerskiej. Szkolono ich jak wysadzać mosty, rozminowywać i zaminowywać teren, organizować przeprawy.

Chłopak, który wychował się nad Wilią i dla którego rzeka, jej nurt, tratwa czy łódki nie stanowiły żadnych tajemnic, okazał się bardzo przydatny. Nadciągał front. Drugie zgrupowanie majora Węgielnego (Mieczysława Potockiego), w którym służył Michał, w porozumieniu z dowództwem III Frontu Białoruskiego zostało włączone do walk.

Dowódca III Frontu, generał Czerniachowski, nie zawahał się powierzyć ich oddziałom odcinka w rejonie Zielonych Jezior. Musieli zmierzyć się z wojskami desantowymi gen. Stahela, które osłaniały odwrót niemieckich wojsk spod Wilna. To była krwawa, ale zwycięska bitwa. Kosztowała życie kilkuset partyzantów, także około tysiąca Niemców.

– Nie możecie stanowić jakiejś odrębnej siły – zadecydowało po walce radzieckie dowództwo. Internowało polskie oddziały i wysłało w głąb Rosji, do Kaługi. Tam na peronie przywitała ich orkiestra, która wygrywała skocznego krakowiaka. Po kilku dniach dostali radzieckie mundury i rozpoczęli ćwiczenia wojskowe.

Nadchodziła rocznica oktiabrskiej rewolucji, któryś z kolegów biedził się nad wypisaniem hasła. Bukwy rozchodziły się w różne strony.

– Może ja pomogę – zaproponował Michał. Miał za sobą przecież lekcje rysunku w Wilnie u prof. Żyngiela, także lekcje reklamy w Gimnazjum Kupieckim.

Bukwy stanęły posłusznie, hasło prezentowało się okazale.

– No, Michał, a ty nam jeszcze malowidło ścienne tutaj namaluj – zaproponował niebawem sekretarz Prochorow. – Wiesz, Moskwa, Kreml, ciemna noc, salut zwycięstwa…

Wybór farb był raczej skromny – mielona cegła, węgiel, sadza.

Ale malowidło wyszło jak należy.

Nu, Michaił, ty u nas chudożnik – z zadowoleniem skonstatowali dowódcy.

A ponieważ zdolności plastyczne miał także Stanisław Jasiukiewicz, później znany aktor, wspólnie założyli artystyczny tandem. W klubie Andrejewa malowali nawet portrety radzieckich przywódców, tylko za Stalina nie chcieli się brać. To było zbyt ryzykowne.

To wtedy w Kałudze zaprzyjaźnił się z Bernardem Ładyszem, późniejszym śpiewakiem operowym, wówczas obozowym kucharzem, słynnym reżyserem Stanisławem Lenartowiczem czy znanym dyrygentem Henrykiem Czyżem, z którym po latach spotkał się na studiach w Poznaniu.

W Kałudze cały czas intensywnie ćwiczyli – mieli trafić na front, już w ramach Armii Czerwonej. – Tylko do przysięgi nie przystępować – instruowali starsi stażem partyzanci. I tak zrobili.

Gdy odmówili, Sowieci ich rozmundurowali i skierowali do wyrębu w lemańskich lasach koło Riazania. To były potężne bory, gdzie tam do nich naszej białowieskiej puszczy.

A że Michał znał dobrze rosyjski i podstawy rachunkowości, został bałansistom bataliona, można powiedzieć księgowym. Jedynie on spośród internowanych mógł chodzić do sąsiednich wsi, co prawda pod strażą, ale i tak miał lepiej. Regularnie pobierał też na poczcie pieniądze na wypłaty. Kiedyś przyszedł, gdy pieniędzy jeszcze nie było. – Wy dołżny siegodnia podożdat – oznajmiła naczelnik poczty Sierowa, a towarzyszący mu komisarz zaproponował, żeby poczekali u jego dziewczyny.

Poszli więc do dużej wsi Kriwandino, o pięknej carskiej zabudowie, z szerokimi ulicami, dużymi domami. Stała tam urzekająca cerkiew z żałośnie zgiętym krzyżem, w jej pritworie już się ulokował zakład szewski.

We wsi było bardzo wiele dziewcząt. Kiedy Niemcy podchodzili pod Moskwę i wydawało się, że wojska radzieckie będą musiały wycofać się za Ural, bardzo potrzebne były mapy Syberii, a tych brakowało. Naprędce zorganizowano więc Instytut Kartograficzny, zatrudniając w nim studentki i maturzystki. Zamieszkały właśnie w Kriwandinie. Teraz zamiast ołówków czy tuszu do rąk dostały piły i siekiery i, podobnie jak internowani, piłowały drzewa na opał, który był potrzebny Moskwie.

Dziewczyna komisarza mieszkała u trzydziestoletniej gospodyni, matki 10-12-letniego chłopca. Gospodyni poczęstowała przybyłych zupą, podała ziemniaki.

Mama, a szto na tret’je? – zapytał chłopczyk. – A na tret’je synok, a na tret’je krest – wzięła go za ramię i w stronę ugołka z ikonami odwróciła.

W komisarza jakby piorun strzelił.

Matuszka, ty starinuszki nie zabyła? – rzucił w stronę kobiety.

Izwinitie, wy moj gost’, no rebionka ja wospituju – odparła z godnością.

Wojna dobiegła już końca. Michał, wciąż internowany, bez przerwy namawiał listownie rodzinę do wyjazdu do Polski, bo czym pachnie nowy radziecki system, zdążył się już przekonać.

My ujechali w Polszu, naprawlenije Poznań – otrzymał w końcu telegram z jedyną wskazówką, gdzie ma ich szukać.

W 1946 roku, gdy odzyskał wolność, ruszył w ślad za najbliższymi. Tylko jak ich znaleźć? Urząd w Poznaniu nie prowadził żadnej ewidencji repatriantów.

– A jak nazwisko? – zapytała pani w okienku. – Bałasz? Może lekarz?

– Lekarz. Pracuje w pogotowiu.

Informacja okazała się prawdziwa, ale spóźniona. Brat Aleksander nie pracował już w pogotowiu, wyjechał na studia do Krakowa. To był jedyny ślad. Michał pojechał za nim.

W dziekanacie dowiedział się, że brat mieszka przy Poselskiej. Poszedł pod wskazany adres.

W mundurze angielskim (przed opuszczeniem ZSRR ubrano ich w mundury, które pozostały po armii Andersa), z ruską papachą na głowie, ogromnym plecakiem zdobytym na wojsku Stahela musiał wywoływać nie tylko ciekawość, ale i podejrzliwość.

– A pan do kogo? – z okna wychyliła się właścicielka mieszkania. – Szukam brata, studenta – podobno tu mieszka – wytłumaczył. – Nic podobnego, to jakaś pomyłka.

Wtedy całe miasto oblepił ogłoszeniami, dopiero po dwóch tygodniach znalazł Aleksandra. Mieszkał przy Poselskiej, skąd gospodyni odprawiła Michała z kwitkiem.

– To przez ten pański mundur i czapkę – tłumaczyła, przepraszając. – Wie pan, tyle jest teraz aresztowań.

Od brata dowiedział się, że rodzice i siostry są w Sulęcinie, w Lubuskiem. W końcu mógł się z nimi zobaczyć i wrócić do szkoły. Ukończył liceum w Wolsztynie i rozpoczął studia na architekturze, na politechnice w Poznaniu.

Ledwie stanął na nogi, a już przy finansowym wsparciu Aleksandra do Poznania ściągnął siostry – Weronikę, która zaczęła studiować rolnictwo, i Aleksandrę, która podjęła studia medyczne. Weronika ukończyła swój kierunek, a Aleksandra została pielęgniarką. W Poznaniu poznała studenta medycyny Zdzisława Kwaśniewskiego, wyszła za niego za mąż i już w Białogardzie urodziła syna Aleksandra, przyszłego prezydenta Polski.

To babcia Helena Bałasz zajmie się wychowaniem wnuka i jego młodszej siostry Sylwii.

Zarówno studia I stopnia w Poznaniu, jak i magisterskie na politechnice w Gdańsku Michał ukończył z wyróżnieniem (pracę dyplomową pisał u profesora Minkiewicza, byłego rektora Politechniki Lwowskiej). Bydgoszcz, Katowice, Białystok – mógł wybierać w ofertach pracy.

Wybrał Białystok, bo na wschód ciągnęło go zawsze. Och, jak rozumiał tę decyzję kolega Rysiek Kapuściński, sam z Polesia.

Był rok 1954. W Białymstoku na Michała Bałasza czekał olbrzymi front robót, nie tylko jako architekta miejskiego.

Niebawem odnalazł go batiuszka Strokowski. Mówił, że w cerkwi św. Mikołaja chcieliby remont przeprowadzić. Razem weszli pod część ołtarzową, było bardzo nisko. W fundamentach tkwiły potężne, ponaddwumetrowe, głazy.

Zdieś można sozdat’ pieszczernyj chram (tutaj można podziemną cerkiew utworzyć) – zaproponował pan Michał.

Wozmożno li eto? (czy to możliwe?) – dopytywał się proboszcz, o. Wiaczesław Rafalski.

Risk jest’, no dieło błagorodnoje (obarczone pewnym ryzykiem, ale idea szlachetna) – uspokoił go architekt. Projekt wykonał incognito.

Nabożeństwa w powstałej dolnej cerkwi św. Serafina Sarowskiego odprawiane są do dziś.

Chyba właśnie wtedy doszło do zaskakującego wydarzenia, które dzisiaj nestor architektów nazywa z pogranicza cudu.

Wybrał się z kolegą do Supraśla, a tam wśród ruin monasteru zastał grupę uczniów, którzy porządkując rumowisko z kilofami i młotami uderzali w zachowane kolumny z pozostałościami XVI-wiecznych fresków Nektariusza.

– Przestańcie kuć – polecił im i już razem czekali na dyrektora. Dyrektorem okazał się Kubicki, ten sam, który w Kałudze leżał na pryczy za nim. Gdzie Rzym gdzie Krym, teraz tu w Supraślu musieli się spotkać… – Co ty tu robisz? – zapytał. – Za tydzień mnie tu nie ma – odparł dyrektor. W ciągu tygodnia udało się wydać nakaz, żeby broń Boże nie dotykać fresków, a i zainteresować nimi odpowiednie służby, czyli uratować. Dziś te ocalałe freski można oglądać w Muzeum Ikon.

Później były kaplice cmentarne w Ploskach i Sidrze. Michał Bałasz coraz głębiej zapuszczał korzenie w architekturze cerkiewnej, a i rodzinę powoli do Białegostoku ściągał. Najpierw rodziców (wtedy tata Jerzy zacznie śpiewać w dojlidzkim chórze), siostrę Weronikę, potem stryja Aleksandra, cenionego lekarza, który będzie pracować w Fastach.

Brat, też Aleksander i też lekarz, na długie lata związał się z Siedliszczem, później Krakowem, najpierw przychodnią, potem Akademią Medyczną. Do końca swych dni czytał Apostoła w krakowskiej cerkwi, śpiewał w cerkiewnym chórze.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk, fot. archiwum rodzinne Michała Bałasza, archiwum parafii w Dojlidach, Anna Radziukiewicz