Międzynarodowa konferencja w Salonikach (15-17 maja) odbywała się na styku chrześcijaństwa i polityki. W intencji jej organizatorów miał to być reprezentatywny głos Europejczyków w sprawie wyrażania chrześcijańskich wartości w życiu codziennym, doniesienie głosu chrześcijan do polityków.
Tak jednak nie było. Bo jeśli postawiono nową żelazną kurtynę i do rozmów nikogo nie zaproszono z Europy wschodniej – z Rosji, Ukrainy, Białorusi, nawet Mołdawii czy Rumunii – to nie można mówić o reprezentatywności. Drugiej strony nikt nie wysłuchał. W Europie rozmawiamy w dwóch kręgach. Nie ma dialogu, mam na myśli tego poważnego, zasadniczego, który by współdecydował o pokoju na kontynencie. Dlatego konferencja wręcz stwarzała warunki do „poprawności politycznej”, unikania rozwiązywania trudnych problemów, jak choćby prześladowania wobec kanonicznej Ukraińskiej Prawosławnej Cerkwi ze strony państwa i popieranej przez nie niekanonicznej struktury Prawosławnej Cerkwi Ukrainy. Głos w sprawie trzech uwięzionych ukraińskich dziennikarzy z portalu spzh.live, informujących o aktach przemocy, pobiciach duchownych i wiernych przez nacjonalistyczne bojówki przejmujące siłą świątynie UPC, też mógł błądzić w kuluarach konferencji, nie przebijając się na jej forum. Ale wysłuchano głosu ormiańskiego parlamentarzysty o zbrodni burzenia cerkwi, cmentarzy, krzyży w Nagornym Karabachu, z którego wygnano 120 tysięcy Ormian i dziś nowi gospodarze tej ziemi, obywatele Azerbejdżanu, mogą bezkarnie rujnować ormiańskie zabytki, nawet o tysiącletnim trwaniu, nawet z listy UNESCO.
Przypomnijmy organizatorów salonickiego forum: Międzyparlamentarne Zgromadzenie Prawosławia (IAO), Konferencja Kościołów Europejskich (CEC), Komisja Konferencji Biskupów Unii Europejskiej (COMECE), prawosławna metropolia Salonik oraz fakultet teologiczny Uniwersytetu Arystotelesa w Salonikach. Do rozmów zaproszono hierarchów kościelnych, parlamentarzystów, polityków szczebla rządowego, doradców międzynarodowych instytucji, naukowców, publicystów.
Zasadniczym bólem zgromadzonych było to, że w dokumentach Unii Europejskiej, zwłaszcza w jej Konstytucji, pomija się rolę chrześcijaństwa w historii i tożsamości Europy, lekceważy się chrześcijańskie wartości. I mimo, że jest powszechna tendencja do oddzielenia państwa od Kościoła, to jednak państwo z hipokryzją i determinacją wykorzystuje jakże często Kościoły do promocji nowoczesnego stylu życia, czyli według zasad liberalizmu. A liberalizm akceptuje ideologię gender, między innymi jednopłciowe małżeństwa, prawo do adopcji przez takie pary dzieci.
– Dlaczego my wszyscy, przedstawiciele narodów, wyrastających z kolebki śródziemnomorskiej cywilizacji, nie możemy sformułować swego stanowiska wobec gender? – padło pytanie ze strony przedstawiciela rzymskokatolickiego szerokiego ruchu Focolari. – Nie jako poszczególne Kościoły w pojedynkę, ale wszystkie Kościoły razem musimy wystąpić w tej kwestii.
Pastorka ze Szwecji jednak zaoponowała, że należy rozmawiać z innymi, wysłuchać racji wszystkich, bo to należy do chrześcijańskiej tradycji – tolerancja, miłość i sprawiedliwość. Chrześcijanie muszą być tolerancyjni – podkreśliła.
Wobec grzechu także? – można by zapytać.
Wiele Kościołów, zwłaszcza protestanckich, tak dalece poszło na współpracę z „tym światem”, że powstaje pytanie – jak sformułować wspólne stanowisko?
Dlatego łatwo było mówić podczas konferencji bardziej w formie hasłowej, życzeniowej, niż dochodzić do sformułowania wspólnego stanowiska w konkretnych, bolesnych i nabrzmiałych kwestiach.
Dlatego sekretarz generalny CEC mógł mówić, że należy promować wartości chrześcijańskie w kulturze, w życiu socjalnym, w ekonomii, że Kościoły powinni prowadzić swoją misję, nauczanie, swój głos donieść do polityków, a naukę chrześcijańską do europejskich instytucji i wcielić ją do Konstytucji Europejskiej. I że takie kroki są niezbędne, ponieważ wartości chrześcijańskie to promowanie pokoju, sprawiedliwości, obrona ludzkiej godności.
W podobnym duchu mówił Gerhard Pross z organizacji „Razem dla Europy” (Together for Europe), że potrzebna jest misja Kościołów w społeczeństwie, poprawa współpracy między Wschodem i Zachodem, coraz większa obecność Kościołów w sferze publicznej, choćby poprzez procesje, kościelne wydarzenia, że wojna nie jest rozwiązaniem problemów, tylko dialog.
Natomiast obrazowo i konkretnie mówił Márk Aurél Érszegi, doradca ministra spraw zagranicznych Węgier. Stworzył paralelę między wiekiem dziewiątym a współczesnością, dotyczącą własnego narodu, ale i pasującą do innych. Jego tezę można streścić: To, jaki Kościół jest w kraju dominującym, zależy od władcy i polityków, nie tyle od narodu. I gdyby to zależało od narodu, Węgrzy byliby prawosławni, ponieważ chrześcijaństwo już w latach 60. IX wieku dotarło do nich z Salonik, dzięki misji świętych Braci Cyryla i Metodego. Nad Balatonem archeolodzy znaleźli wiele artefaktów o niej świadczących. Bracia pierwsi tu nauczali. Budowali duchowość narodu, podnosili jego kulturę i także poziom życia ekonomicznego. Ale późniejszy władca Węgier, Gejza, przyjął, ponad sto lat po pierwszej misji, w 974 roku chrzest z rąk niemieckich misjonarzy. I ten akt nazwali historycy chrztem Węgier. Sprowadzono potem benedyktynów, którzy prowadzili szeroką misję, także oświatową. Kraj dzięki władcom i misji stał się rzymskokatolicki.
Dodajmy, że obecni władcy Ukrainy przyjęli rolę dawnych książąt i królów. Decydują, który Kościół jest słuszny, a który należy prześladować.
Rozmowy Europejczyków o chrześcijaństwie przypominają niestety trochę płacz nad rozlanym mlekiem. To odnotowywanie radykalnych zmian w kulturze, polityce i moralności, to niebezpieczna relatywizacja wszelkich wartości chrześcijańskich. To czynienie z religii sprawy osobistej, czyli jednocześnie wycofanie wszelkich symboli religijnych z przestrzeni publicznej.
Może dlatego pastor Thomas Wipf, przewodniczący Europejskiej Rady Religijnych Liderów, Religie dla Pokoju (w ramach CEC), bardzo dziękował za inicjatywę, głównie prawosławnym, zwołania w Salonikach takiej konferencji.
– Pochodzę z bezbożnej części Europy – mówił. – Bezbożnej głównie dla ludzi młodych, studentów. W tej części kontynentu mamy ogromny deficyt wiary. Katolicy, protestanci i prawosławni należymy do jednej chrześcijańskiej rodziny. Musimy razem dyskutować o różnicach i podobieństwach, prowadzić dialog między Wschodem a Zachodem. Międzyreligijny dialog jest trudny, ale niezbędny.
– Ale nie możemy doprowadzić w ramach dialogu do synkretyzmu religijnego – ktoś przestrzegł.
Na „bezbożność” Europy wskazywała i mniszka benedyktynka z Rzymu, prof. Manuela Scheiba. Mówiła, że 80 procent niemieckich obywateli żyje poza Kościołem. Ale rąk nie opuszcza ani ona, ani sześć tysięcy benedyktynów, niosących misję na całym świecie. Nie zgadza się na kontynent niewiary i ekstremizmów. Niesie ze współbraćmi misję i nauczanie Chrystusa. Dociera do mediów, szpitali, do ubogich z modlitwą, pomocą i refleksją na temat życia w Chrystusie.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Anna Radziukiewicz
fot. autorka




