Z Ormianinem, deputowanym parlamentu ormiańskiego
AJK CIRUNIANEM rozmawiają w imieniu redakcji Przeglądu Prawosławnego
Eugeniusz Czykwin i Anna Radziukiewicz
Redakcja: – Pamięć o deportacji Ormian w roku 1915 osiadła głęboko w pamięci waszego narodu?
Ajk Cirunian: – To nie jest pamięć o deportacji, a o holokauście, dokonanym na narodzie ormiańskim. W 1915 roku Turcy tamten akt nazywali deportacją i nadal tak go nazywają. Dotyczyła ona Ormian, ale także Greków, Asyryjczyków i Izydów. Turcy dokonali jej rękoma Kurdów, którym proponowali ziemie „oczyszczone” z Ormian. A Kurdowie zawsze marzyli o swoim państwie. Turcy oszukali Kurdów. Owa deportacja, zamieniona de facto w holokaust, polegała na tym, że gnano Ormian i inne narody na pustynię, w stronę Syrii, pod eskortą bojowników. Pustynia „przyjmowała” ich spragnione i śmiertelnie wycieńczone ciała. W ten sposób straciliśmy półtora miliona Ormian.
– Także kobiet i dzieci?
– Wiele kobiet i dzieci ocalało. Turcy brali Ormianki za żony, każąc im przejść na islam. Dzieci wychowywano na muzułmanów. Ale niektórym udało się potajemnie zachować chrześcijaństwo. Dziś w kurdyjskiej partii, która walczy z Turkami – tak słyszałem – jest wielu przywódców, dzieci Ormian. Są to oczywiście ukryci Ormianie. Istnieją do dziś całe wsie, które sto lat temu powiedziały „przyjmujemy islam”, ale pozostają nadal ukrytymi chrześcijanami.
– Sowiecka armia miała jakiś wpływ na przerwanie holokaustu?
– Miała. Był plan pełnego zniszczenia Ormian. Ale gdy Sowieci doszli do Armenii, tworząc z niej swoją republikę, przerwali turecki plan pochodu w stronę Kaukazu na Ormian. To był plan zagarnięcia Kaukazu po Krym. Turcy uważali, że to ich ziemia. Myślą tak i dziś.
– Świat mało wie o holokauście Ormian. I długo nie chciał przyznać, że to było ludobójstwo.
– W tej kwestii największą rolę odegrała nasza diaspora w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Amerykański Kongres półtora roku temu stwierdził, że był to rzeczywiście holokaust.
– Zmieniło to coś w stosunkach ormiańsko-tureckich?
– Niczego. Turcja w stu procentach odrzuca stwierdzenie o ludobójstwie. Upiera się: Deportowaliśmy te narody, bo one nas sprzedały. Ci ludzie byli naszymi braćmi przez siedemset lat. Żyli pod władzą Turków. Byli bogaci. Mieli swoją Cerkiew.
– To prawda?
– W dużej mierze. Ormianie, jako naród bardzo pracowity, o wysokiej kulturze i tradycji liczącej kilka tysięcy lat, był elitą w Imperium Osmańskim. Dał Turkom swój alfabet. Centralne banki w Stambule należały do Ormian. Tureckie dzieci w osiemdziesięciu procentach uczyli Ormianie. W znaczącym stopniu tworzyli też turecką kulturę. Współtworzyli partie rządzące.
– Nawet wtedy, gdy w powietrzu wisiał holokaust Ormian?
– Tę tragedię dla naszego narodu urządzili Młodoturcy, którzy objęli władzę przed pierwszą wojną światową. Ormianie, licząc na poprawę sytuacji, wybierali ich. Wśród ich przywódców mieli swoich najbliższych przyjaciół. I ci Młodoturcy w pierwszych dniach swoich rządów, w kwietniu 1915 roku, kazali aresztować ormiańską inteligencję, swych przyjaciół Ormian – tych bogatych i uczonych. Tylko w Stambule aresztowano 2,5 tysiąca osób, z których większość zamordowano. Turcy – tak sądzę – myśleli, ze Ormianie ich sprzedadzą, przechodząc na stronę Imperium Rosyjskiego. Oni rzeczywiście zaczęli kontaktować się z Rosjanami – przecież i tu, i tam chrześcijanie, bracia w wierze.
– Historia ma więc różne odcienie…
– Turcy mogli myśleć – my waszych cerkwi nie ruszaliśmy, mogliście się bogacić, zajmować w naszym Imperium ważne posady, uczyć się. Po Młodoturkach i ludobójstwie przywódcą narodu został Atatürk. Jego dwoma zastępcami byli Ormianie. Patrzcie – my was lubimy – dawał sygnał Ormianom. Atatürk wziął sobie z sierocińca dziewczynkę Ormiankę, ocalałą z holokaustu. Taki jestem dobroduszny – to znów był sygnał w stronę naszego narodu. Wychował ją. Kształcił. Doszła do stanowiska generała majora. Jako pilot osobiście bombardowała w 1925 roku ormiańskie wsie. Nienawidziła Ormian. Siebie uważała za Turczynkę. Kiedy zmarła, nieoczekiwanie odnalazła się jej siostra bliźniaczka, prosta wiejska Ormianka. Wtedy dowiedzieliśmy się o bliźniaczkach i „dobroduszności” Atatürka. W sumie bardzo dużo Ormian wyrosło na Turków, którzy bardziej nienawidzili Ormian niż sami Turcy. Takie wychowanie!
– Wielka Armenia kiedyś była…
– I trwała tysiącleciami, długo przed tym, jak na mapie pojawiła się Turcja.
– A w czasie utraty państwowości kto stał na straży tożsamości narodu?
– Cerkiew oczywiście. Cerkiew zawsze cieszyła się u nas wielkim autorytetem. Była silna i poważana. Miała i ma strukturę bardziej zorganizowaną niż struktura państwowa. Tak samo w kraju, jak i w diasporze, gdzie jest ogromna ormiańska wspólnota, nie mniejsza niż w naszym trzymilionowym kraju. W diasporze to Cerkiew pozwala na zachowanie naszej tożsamości w różnych krajach.
– A kiedy przyszli do was Sowieci, walczyli z Cerkwią, burzyli świątynie?
– Nie burzyli. Ale w najlepszych latach sowieckiej władzy postawili w Erewaniu pomnik holokaustu Ormian, choć Związek Radziecki pozostawał z Turcją w dobrych kontaktach. Ten gest bardzo wzburzył Turków. Potraktowali go jako dowód na to, że Ormianie wciąż ich nienawidzą. Wcześniej, w latach 60. XX wieku, sowieckie władze ogłosiły program powrotu do Armenii dzieci holokaustu. Wiele z nich, osiadłych w Europie i Ameryce, skorzystało z programu i wróciło, dużo wnosząc do rozwoju naszego kraju.
– I oto na naszych oczach dochodzi do tragedii ormiańskiego narodu. W 2021 roku Nagorny Karabach, ten wąski i długi pas, najstarsza ziemia ormiańska, nigdy dotąd nie oczyszczona z Ormian, teraz pozbywa się ich za sprawą Azerbejdżanu. 120 tysięcy Ormian, na oczach świata, który nie wyraża sprzeciwu, staje się bieżeńcami, tracąc swoją ziemię. Jak mogło do tego dojść?
– Moi rodzice pochodzą z Nagornego Karabachu, regionu zamieszkałego przez bardzo zjednoczony i waleczny naród, który nigdy tej ziemi nie opuszczał. Walczył o nią i zwyciężał wrogów. A jeśli opuszczał w wyniku wojen i wyjeżdżał do Tadżykistanu czy gdziekolwiek, znów wracał.
– A teraz?
– Mamy nadzieję, że wróci, to przecież etnicznie ormiańska ziemia.
– Pierwszy sygnał przemocy wobec Ormian w tym regionie pojawił się ponad czterdzieści lat temu.
– To było w przededniu upadku Związku Radzieckiego, na przełomie lat 1988 i 1989. Z rejonu szumlańskiego w Nagornym Karabachu wygnano wówczas 25 tysięcy Ormian. Myśleliśmy na początku, że to nonsens, nieporozumienie. O tym bardzo mało się mówi.
– Azerbejdżan to młode państwo.
– Jako sowiecka republika pojawiło się na mapie w 1919 roku po rewolucji październikowej. Te ziemie zamieszkiwali Tatarzy, Mongołowie, hazarscy Żydzi. Mieszkali często w jurtach. Budując swoją państwowość, kopiowali wszystko od Ormian – jeden do jednego – kuchnię, tradycję, kulturę.
– W 2021 roku nie broniła was Federacja Rosyjska?
– Powiedziała, że nam pomoże. Ale nie pomogła. Na odwrót, nasze bojowe pozycje sprzedała azerbejdżańskiej stronie. Wszystkie. Teraz wiem, że brat może swojego brata zdradzić w celach politycznych. Może mówić – kocham ciebie, ale mi jest potrzebny Kaukaz. Rozumiem, że dla Rosji ten teren jest jak złoto. Przez małe miasteczko Meghri, umiejscowione jakby w ogonie naszego kraju, przechodzi szlak handlowy z Iranu, przez Indie do Chin. Innego miejsca w tym regionie na szlak nie ma.
– Jakie macie stosunki z Iranem?
– Zawsze mieliśmy je, podobnie jak i z Rosją, bardzo dobre. Iran jest przeciwny dowolnej zmianie granic państwowych w regionie. Bardzo hamował to, co mogłoby nastąpić z naszym państwem ze strony Turcji i Azerbejdżanu.
– W sensie ucieleśniania idei Wielkiego Turanu?
– Tak myślę. Ta bardzo niebezpieczna idea ciągle odżywa. Stoimy kością w gardle na drodze jej realizacji, czyli połączenia Turcji z Azerbejdżanem i utworzenia dużego państwa między Iranem i Kazachstanem.
– Co zrobiliście z masą 120 tysięcy uchodźców, dużą jak na trzymilionowy naród?
– Przyjęliśmy ich bardzo serdecznie. Skierowaliśmy na ich potrzeby ogromne pieniądze. Każdemu ormiańskiemu uchodźcy powiedzieliśmy: „Jeśli zostajesz w kraju i będziesz kupować lub budować dom, darujemy ci wszystkie twoje długi w banku, a każda osoba z twojej rodziny – a rodziny u Ormian są duże, siedmio-, dziesięcioosobowe – otrzyma 15 tysięcy dolarów. Warunek masz jeden – nie możesz sprzedać tej posiadłości przez dziesięć lat”. Wcześniej też pomagaliśmy Ormianom w Nagornym Karabachu. Dziewięćdziesiąt procent ludzi „pracowało” tam przed bieżeństwem na państwowych posadach. To były wymyślone funkcje. Ale każdy taki „urzędnik” otrzymywał co miesiąc po tysiąc dolarów.
– Dlaczego?
– Żeby tam czuli się dobrze i nie opuszczali tej ziemi. Tamta polityka doprowadziła i do takich paradoksów, że ci ludzi często już niczego nie umieją, nawet pomidorów hodować.
– Co teraz z utraconą ziemią?
– Zostało na niej bardzo wiele pomników historii, znajdujących się nawet na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Ich niszczyć nie można. Ale okazało się, że Azerbejdżan może wszystko. Dziś stoi wspaniała, ogromna cerkiew, a jutro jej nie ma. Wszystko wyburzone, zakopane, zaorane. Pusty krajobraz, tak jakby jej tam nigdy nie było. W ten sposób zburzono pomnik z listy UNESCO, mający trzy tysiące lat – Dżuha. Widzimy ich pracujące buldożery, traktory. A oni jakby mówili do nas: „Patrz, tu byłeś, a teraz ciebie nie ma”.
– A co na to UNESCO?
– Nic. Po 20-50 latach ludzie nie uwierzą, że tam żyli Ormianie. Zobaczą pole.
– Dziękujemy za rozmowę.
fot. Anna Radziukiewicz




