Urodziłem się w 1952 lub 1951 roku we wsi w północno-wschodniej Syrii. W miejscu mojego urodzenia nie było szkoły. Mieszkańcy stanowili asyryjską mieszankę uchodźców, niedobitki tureckiego ludobójstwa po I wojnie światowej. Mojego dziadka ze strony matki, osierocone dziecko, z „wywózki na śmierć” wykupił dobry Beduin. Kiedy dowiedział się, że ocaleni utworzyli wieś, przyprowadził do nich chłopca, mówiąc: „Oddaję go wam. On należy do Was”! Do końca swoich dni dziadek nosił nazwisko swego wybawcy, Hallo. Natomiast mój dziadek ze strony ojca, straciwszy wszystkich członków swojej rodziny w tureckiej wsi Kanak, znalazł się w tej części Syrii po długiej wędrówce (zob. „Iszo z Kanak”). Nieformalnie panujący w regionie wielki wódz plemienia Szammar (do tego plemienia należał pierwszy prezydent Iraku po obaleniu Saddama Husejna) pozwolił uciekinierom postawić gliniane lepianki i po oddaniu dzisięciu procent ze zbiorów nie przeszkadzał w uprawianiu przez nich ziemi, będącej dotąd ugorem. Żyzna mezopotamska ziemia rodziła wszystko w obfitości, szczególnie arbuzy i melony udawały się znakomicie, a z roślin strączkowych – soczewica. Co roku magazynowaliśmy w domu blisko pół tony wysuszonych i prażonych nasion arbuzów i melonów. Prawdopodobnie to dzięki wysokiej wartości odżywczej ich miąższu cieszyliśmy się dobrym zdrowiem. Żadnych drzew owocowych nie było. Pomimo żyzności gleby przydzielone każdej rodzinie 10 hektarów ledwie zapewniało utrzymanie.
Dla Beduinów – w obrębie ich terytorium żyli mieszkańcy mojej wsi – edukacja dzieci była wówczas abstrakcyjną kwestią. Żyli niewyobrażalnie skromnie, przeważnie bez butów, o każdej porze dnia z różnego rodzaju bronią pod ręką. Ważniejsze były honor, więź rodowa i zaskakująca wręcz gościnność.
Dzieci naszej wiejskiej wspólnoty nie znały języka arabskiego. Pewnego dnia ojciec zaprosił na kolację szejka niższej rangi. Z owej biesiady utkwiły w pamięci dwa dziwne zachowania – nazywanie chleba mięsem (takie samo określenie w arabskim i asyryjskim) i prośba gościa do ojca o udanie się do miasta, aby zakupić nasiona makaronu, które szejk pragnął posiać na swoich polach.
W celu zapewnienia dzieciom edukacji, kolejne asyryjskie rodziny zaczęły przenosić się do miasta Kamiszli, zbudowanego od zera w latach 20. XX wieku i znajdującego się tuż przy granicy tureckiej. Ogromną większość zabudowań stanowiły gliniane lepianki. Jedyne dwupiętrowe budynki zbudowali Francuzi (w czasie sprawowania przez nich mandatu z ramienia Ligii Narodów) i służyły one jako koszary wojskowe i siedziby urzędów państwowych. Osada liczyła początkowo 2000 rodzin, w tym 1020 asyryjskich, 650 ormiańskich, 250 żydowskich, 80 muzułmańskich. Nie są znane informacje o szkole dla Ormian, Żydzi posiadali szkołę, w której uczyła się setka uczniów, natomiast muzułmanie korzystali z państwowej szkoły, do której uczęszczało 20 uczniów. Z zestawienia widać, że muzułmanie (głównie lub wyłącznie Kurdowie) stanowili wtedy zaledwie cztery procent mieszkańców. W 1926 roku w mieście funkcjonowała pierwsza asyryjska szkoła koedukacyjna z 373 uczniami. Dzisiaj miasto liczy ponad 300 tysięcy mieszkańców (zob. „Syria odnaleziona w Melbourne”).
W latach 1930-1960 mało który region świata rozwijał się tak dynamicznie w dziedzinie rolnictwa, edukacji i kultury, jak ta część młodego państwa syryjskiego – przodujące w kraju kluby sportowe, targi rolnicze, powszechny pęd młodzieży do nauki. W mieście pięciu grup etnicznych (Żydzi, Ormianie, Asyryjczycy, Arabowie, Kurdowie), z których każda posługiwała się swoim językiem, zdecydowaną większość stanowili moi rodacy, Asyryjczycy, którzy też byli najbardziej widoczni i aktywni społecznie. Wszystko to jednak do czasu.
W glinianych klasach, ulokowanych w obrębie dziedzińca kościoła, także zbudowanego z gliny, uczyłem się przez sześć pierwszych lat. Mieliśmy od państwa zezwolenie na naukę swojego języka w wymiarze dwóch godzin tygodniowo. Niedosyt nauki i możliwości posługiwania się swoim językiem w piśmie młodzież uzupełniała, działając w drużynie skautów i uczęszczając na zajęcia w szkółce niedzielnej. Potem przeniosłem się do szkoły państwowej i uczęszczałem do niej aż do matury.
Na początku lat 60. przeprowadzono spis powszechny. Kiedy zgłosiłem się po oficjalny wyciąg z rejestru rodziny, okazało się, że dopisano mi brata, którego nigdy nie było. Kiedy ów nieistniejący członek rodziny miał mieć 16-17 lat, ojciec zgłosił się do urzędu z aktem zgonu. W przeciwnym razie rodzina mogłaby mieć poważne problemy natury religijno-politycznej, zważywszy na toczącą się wówczas wojnę domową w Libanie.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Michael Abdalla
fot. archiwum autora
Prof. Michael Abdalla osiadł na stałe
w Poznaniu, wiążąc się jako pracownik
naukowy z Uniwersytetem Rolniczym i
Uniwersytetem Adama Mickiewicza




