Ojca Bazylego Sawczuka poznałam w sierpniu 2007 roku podczas ponaddwutygodniowej pielgrzymki. Na naszej trasie była Litwa, Łotwa, Estonia i Rosja. Zwiedziliśmy między innymi Wilno, Rygę, Tallin, Piuchcice, Petersburg i Psków. Naszym duchowym przewodnikiem był ojciec Bazyli Sawczuk z Jeleniej Góry.
Bazyli dał się już wtedy poznać jako człowiek niezwykły. Kiedy odprawiał nabożeństwo i się modlił, to całym sobą. Był niezwykle życzliwy i wesoły. Jak dziecko zachwycał się otaczającym pięknem.
To był niezwykły czas, kiedy to spełniłam swoje marzenie o pobycie w Petersburgu. Przy okazji poznałam wspaniałych ludzi z prawosławnej diecezji wrocławsko-szczecińskiej. Do dziś mam z wieloma kontakt.
Pozostawałam w kontakcie przez te długie lata z o. Bazylim. Byliśmy u niego z leśnikami z Czarnej Białostockiej podczas jesiennej wycieczki w 2007 roku. Przywitał nas niezwykle życzliwie. Opowiedział o cerkwi, historii prawosławia na Ziemiach Zachodnich. Wszyscy byliśmy zachwyceni.
Odwiedzałyśmy też batiuszkę w Jeleniej Górze z koleżanką z Opola. Zawsze witał nas z taką życzliwością, której nie spotyka się codziennie.
Byłam w 2009 roku na kursie angielskiego w Cieplicach. W wolnym czasie rozmawialiśmy z o. Bazylim na różne tematy, wśród nich były te bardziej poważne, ale też i takie lekkie. Batiuszka potrafił doradzić, gdzie kupić dobry krem do rąk dla mojej mamy.
Widywaliśmy się w Supraślu podczas sierpniowego święta. Batiuszka cieszył się, że może być na swej ukochanej Białostocczyźnie. Sam pochodził ze wsi Koryciski w parafii Stary Kornin. Niejednokrotnie żartowaliśmy, że w Starym Korninie dzwony w cerkwi biją w rytm słów „Kornino, Mochnate, Kornino, Mochnate”.
Kiedy zmieniałam pracę w 2010 roku, o. Bazyli powiedział, żebym odchodziła ze starej pracy tak, aby można było do niej wrócić. Do dziś korzystam z tej niezwykłej mądrości o niepaleniu za sobą mostów, bowiem nasze życie bywa przewrotne. Mawiał, że często w życiu spotyka nas nieszczęście po to, żeby nie spotkało nas większe. W ten sposób Pan Bóg nas chroni, często też przed nami samymi.
Ostatni raz z ojcem Bazylim Sawczukiem spotkałam się w czerwcu tego roku. Byliśmy z grupą przyjaciół na corocznej wyprawie „Śladami Nowosielskiego”. W tym roku nasz wybór padł na Jelenią Górę i Wrocław. Ojciec Bazyli powitał nas w cerkwi jak zawsze życzliwie, z niezwykłą radością. Opowiadał o cerkwi, o swej długoletniej posłudze w Jeleniej Górze. Potem zaprosił na kawę. Ja ogólnie kawy nie piję. Jednak ta kawa na plebanii w Jeleniej Górze miała niezwykły smak. Rozmawialiśmy dosyć luźno o rzeczach chyba mało istotnych. Wspominaliśmy Petersburg. Ojciec od razu zapytał, czy mam dla niego swoją książkę o Szastałach. Oczywiście miałam i to z dedykacją. Bardzo za nią dziękował. Gdy wychodziliśmy z cerkwi, batiuszka pobiegł po konewkę, żeby podlać pelargonie. Kochał kwiaty, całą naturę.
Na ścianie na plebanii wisiał rysunek cerkwi ze Starego Kornina. Chyba zawsze tęsknił za swoimi Koryciskami. Nie wiedziałam, że będzie to nasze ostatnie spotkanie. Przed cerkwią zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie. Jak się okazuje, ostatnie.
O śmierci ojca Bazylego dowiedziałam się z internetu. Przez głowę przeszły mi te wszystkie nasze spotkania i mądre rozmowy. Takich ludzi nie spotyka się codziennie. Wiecznaja pamiat’, Ojcze Bazyli!
Iwona Zinkiewicz, fot. archiwum autorki




