Mnich Sofroniusz z Ryły – żył w XX wieku, a ci którzy go znali,porównywali go ze świętym Janem Rylskim (876-946), założycielem najważniejszej dla Bułgarów obitieli – Monasteru Rylskiego.
A był niepiśmienny! Jakby Bóg chciał powiedzieć: – Upokórzcie się uczeni w mowie i piśmie, bo moja łaska spływa na ludzi pokornego serca.
Obdarzony był dziecięcą prostotą i niewinnością. Był uczciwy i ufny, bez śladu hipokryzji i udawania. I na pewno dlatego pielgrzymi nieśli mu zapiski z imionami żywych i umarłych, by za nich zanosił modlitwy. A on czytać nie umiał! Sypał więc na stół kupkę fasoli. I każdą fasolkę kładł przy imieniu osoby, za którą się modlił. Robił głęboki pokłon, mówiąc: „O Panie, Ty przeczytasz imię tam napisanej osoby!”. I dodawał: „Święty Janie Rylski, ty znasz te imiona”.
A kiedy mnisi monasteru podejmowali jakieś decyzje poprzez głosowanie, ojciec Sofroniusz oddawał swój głos, mówiąc: „Niech prowadzi nas Jezus Chrystus”.
Mnich Sofroniusz nie był szeroko znany – ukryty przed światem, pochłonięty gorącą modlitwą. Tylko najbliższe otoczenie widziało jego ascetyczny podwig i spieszyło do niego z prośbą o modlitwę i radę, nazywając go „nowym św. Janem Rylskim”.
Urodził się w 1907 roku we wsi Resilovo, w pobliżu bułgarskiego miasta Dupnitsa – niedaleko tego miasta urodził się również św. Jan Rylski. Na imię mu dano Wasil. Gdy miał dziewiętnaście lat został nowicjuszem w monasterze św. Jana Rylskiego. Wkrótce jednak powołano go do służby wojskowej. Stawiając się przed oficerem, cisnął karabin na ziemię, mówiąc: „Nie będę zabijał ludzi!”. Został przeniesiony do jednostki budowlanej, gdzie służył dwa lata.
Wrócił do monasteru. Tam został postrzyżony w riasofor, a 12 lutego 1940 roku postrzyżono go na mnicha z imieniem Sofroniusz. Wzrastał duchowo, wykazując niezwykłą duchową gorliwość, pod kierunkiem doświadczonych mnichów i starców. Ponieważ był analfabetą, dano mu posłuszanije – konserwacja cerkwi i monasterskich budynków.
Potem mnich Sofroniusz oddalił się do starej pustelni, znajdującej się w pobliżu grobu św. Jana Rylskiego. I tak spędził 25 lat w monasterze i starej pustelni, aż przyszedł rok 1961 i komunistycznym władzom Bułgarii kłuło w oczy, że gdzieś w górach Ryły tli się mnisza modlitwa. Kazano mnichom się wynosić. Przeprowadzali się do Monasteru Trojańskiego. A mnich Sofroniusz, dla ludzi nie wiadomo dlaczego, a był to promysł Boży, zamieszkał w pobliżu Samokova we wsi Govedartsi w pustelni św. Jerzego.
A było tak. Matuszce Teofanii zjawiła się w 1941 roku Bogarodzica i poprosiła ją o odbudowanie skitu św. Jerzego, będącego w ruinie. Znajdował się niedaleko jej skitu. Teofania poprosiła wieśniaków o pomoc, a ci skit podnieśli z ruin.
Mniszka Teofania urodziła się w Warnie w 1887 roku. Kiedy miała dwadzieścia lat, zakochała się w młodym człowieku, ale przez jej rodziców związek nie zakończył się małżeństwem. Udała się wtedy do monasteru w Ryle, czyli na drugi koniec kraju, gdzie dowiedziała się, że tam kobiet nie przyjmują. Rozgoryczona, nie wróciła do domu, tylko zamieszkała w pobliżu obitieli w małej jaskini, oddając się ascezie, modlitwie i pokucie na wzór św. Jana Rylskiego. Cierpiała z głodu i chłodu pośród dzikich zwierząt – niedźwiedzi i wilków – jak przeżyła, wie tylko Bóg, z którym poprzez modlitwę pozostawała w nieustannym kontakcie. Po dwóch latach podwigu odnaleźli ją drwale i pasterze i powiadomili o tym miejscowe władze. A te osiedliły ją w pobliżu wsi Govedartsi w skicie Świętej Trójcy. I tam w ascezie dożyła 72 lat, odchodząc do Pana w 1959, czyli na dwa lata przed przybyciem w pobliżu tej wsi mnicha Sofroniusza.
Matka Boża wiedziała wszystko.
Mnich, gdy się tu osiedlił w 1961 roku, miał 54 lata. Skit był dobrze utrzymamy, bo przez te dwadzieścia lat od jego renowacji opiekował się nim jeden człowiek z pobliskiej wsi, Gieorgi Kustow Kruszarski, którego związała z mnichem silna przyjaźń. Mnich tu modlił się, pościł i naśladował św. Jana Rylskiego.
Mieszkańcy wsi widzieli w mnichu człowieka, którego nie dotykały żadne ziemskie sprawy – anioła w ciele, cichego i pokornego. Skoncentrowany był na Modlitwie Jezusowej. Jego cela była ziemianką, ściany której zbudowano z grubo ciosanego kamienia i przykryto ją dachem, który porastała gruba warstwa zielonego mchu. Ziemianka była tak niska, że trudno było w niej wyprostować się. Na podłodze jakieś resztki starych dywanów. Na nich spał starzec, dla którego modlitwa stała się jak oddech. Modlił się za ludzi we wsi i wszystkich w potrzebie.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Anna Radziukiewicz
Na podstawie: „The Orthodox Word”, nr 346




