Czas jest nieubłagany. W sierpniu mija rok od śmierci Borysa Russki – z wykształcenia inżyniera mechanika, z zawodu oficera Wojska Polskiego w stopniu pułkownika, a z powołania poety. Przyjaźniłem się z Borysem pomimo dzielącej nas aż 21 lat różnicy wieku. Zresztą, wszyscy jego białowiescy znajomi byli od niego znacznie młodsi.
Borys urodził się 13 września 1929 roku w Podolanach Drugich, dawnej wsi na Polanie Białowieskiej, a obecnie części Białowieży. Jego rodzicami byli Emilian i Nadzieja z domu Szpakowicz, pracujący prawie do końca lat 70. na jedenastohektarowym gospodarstwie.
Rodzinną miejscowość opuścił w 1948 roku, rozpoczynając studia na Politechnice Łódzkiej. W następnym roku przeniósł się na wydział mechaniki precyzyjnej Politechniki Warszawskiej, który ukończył w 1952 roku. Po studiach, aż do czasu odejścia na emeryturę w 1978 roku, pracował w Szefostwie Służby Uzbrojenia i Elektroniki Ministerstwa Obrony Narodowej. Stopień pułkownika nadano mu w 1968 roku.
Większą część życia spędził więc Borys w Warszawie, ale do rodzinnych miejsc, do swojej ukochanej Puszczy Białowieskiej, bez ustanku wracał myślami i w poezji. Swoje Podolany odwiedzał również osobiście, tutaj przecież mieszkali jego starzy rodzice, o których się troszczył razem ze swoją o dwa lata młodszą siostrą Olgą (zamężna Szurkowska). Właśnie podczas jednej z takich wizyt poznałem Borysa. Zapoznał nas jego znajomy, dr nauk med. Sergiusz Tarasiewicz. Było to w połowie 1991 roku.
O Borysie nieraz już słyszałem, ale nigdy go wcześniej w Białowieży nie widziałem. Oczytany, dysponujący ogromną wiedzą w naukach ścisłych, już na progu naszej znajomości dał mi wykład o tym, co należy myśleć o wizerunku człowieka, który pojawił się samoistnie na bliźnie po konarze na jednym z dębów, rosnących w pobliżu muzeum przyrodniczego, w którym wtedy pracowałem. Zjawisko to okrzyknięto wówczas „cudem”, stało się tematem numer jeden turystycznego sezonu.
Tarasiewicz podczas naszej wspólnej rozmowy zdradził, że Borys pisze wiersze. Zaintrygowało mnie to! Wojskowy, w dodatku inżynier mechanik i… pisze wiersze? Przecież to jedno z drugim jakoś nie bardzo współgra? – pomyślałem. Borys trochę się speszył, ale obiecał, że pokaże mi rękopisy swych utworów. Byłem przekonany, że zetknę się z prostymi wierszykami, które już nieraz czytałem, dawane mi do oceny przez różne osoby z Białowieży. Tym razem przeżyłem niemal szok – większość wierszy Borysa okazała się być zachwycającymi perełkami.
Swoją opinią od razu podzieliłem się z Borysem, który speszył się raz jeszcze. Powiedział mi, że pisze dla siebie i nikomu tych wierszy nie pokazuje. Żeby gdzieś je publikować, nawet do głowy mu nie przyszło. Postanowiłem udowodnić Borysowi, że jego twórczość jednak jest warta pokazania ludziom. Zacząłem wysyłać wiersze do różnych czasopism – lokalnych, regionalnych i ogólnopolskich. Okazało się, że redaktorzy naczelni tych czasopism też się nimi zachwycili. No i zaczęto je publikować. Borys był oszołomiony, w końcu uwierzył, że mają jakąś wartość. Ze zdwojoną energią pogrążył się w twórczości. Później często powtarzał mi, że to ja zrobiłem z niego poetę. Oczywiście oponowałem, ale Borys wiedział swoje.
Od czasu, gdy wiersze Borysa pojawiły się w publicznej przestrzeni, zaczęto o nim mówić nie jako wojskowym, ale jako poecie. Zresztą Borys jakoś mi się z wojskiem nie kojarzył. Nigdy o nim nie opowiadał, a w wojskowym mundurze zobaczyłem go dopiero leżącego w trumnie. Na twórczość Borysa szybko zwróciła uwagę miejscowa inteligencja, m.in. prof. Janusz B. Faliński i prof. Jerzy M. Gutowski. Profesor Faliński wraz z żoną Krystyną, też będącej w randze profesora, zaprzyjaźnili się z Borysem i często widywałem ich podczas wspólnych przejażdżek rowerowych. Profesor Faliński zażyczył nawet sobie, aby po jego śmierci umieścić na tablicy nagrobnej, jako motto, wers z wiersza Borysa. I tak się stało (profesor zmarł w 2004 roku). Dzięki Falińskiemu dużo wierszy Borysa zostało opublikowanych w „Sylwanie” – miesięczniku Polskiego Towarzystwa Leśnego.
Na przejażdżki rowerowe z Borysem wybierałem się często także ja. Podziwialiśmy wspólnie białowieską przyrodę, odbywaliśmy długie dyskusje filozoficzne. Zdarzało się, że Borys pojawiał się u mnie następnego dnia z gotowym już wierszem. Utwierdzałem się wtedy w przekonaniu, że powiedzenie, iż poetą się nie jest, tylko bywa, zupełnie nie odpowiada prawdzie. Jechaliśmy razem, ale każdy z nas widział co innego. Dla mnie w pewnym momencie z gałęzi mijanego drzewa spadła odrobina śniegu, a w wierszu Borysa przeczytałem, że z gałęzi sfrunął biały Anioł. Innym razem odwiedziliśmy skupisko kurhanów, wokół których rosły pochylone stare drzewa. Ale tylko ja widziałem drzewa, Borys dojrzał mnichów, pochylonych nad grobami w modlitwie.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Piotr Bajko, zdjęcia z archiwum autora








