Home > Artykuł > Najnowszy numer > Językowa różnorodność jest dobra

Językowa różnorodność jest dobra

Polska w powojennych granicach pod względem zróżnicowania narodowo-wyznaniowego na tle innych krajów była wyjątkowo jednorodna. W tym kontekście doświadczenia, szczególnie starszych Polaków – z odmiennością kulturową, religijną i osobami o odmiennym kolorze skóry są nikłe. Tym bardziej, że w okresie PRL-u Polska co prawda była „najweselszym barakiem w obozie socjalistycznym”, ale jednak była krajem, którego granice były dla większości zamknięte, a o mniejszościach narodowych w szkołach czy mediach z zasady się nie mówiło. W świadomości zdecydowanej większości polskiego społeczeństwa Białorusini jako naród nie istnieli, Ukraińcy wiązani byli z Wołyniem i postacią Bandery, Rosjanie z zaborami, paktem Ribbentrop – Mołotow i Katyniem, Niemcy przywoływali pamięć wojny i Ziemie Odzyskane. Utrwalanie przekonania o wyższości należących do zachodnio-łacińskiej cywilizacji Polaków nad ukształtowanymi w bizantyjsko-ruskim obszarze ich wschodnimi sąsiadami, a szczególnie brak nauczania o mniejszościach w Rzeczypospolitej, stworzyło przestrzeń milczenia na temat ograniczeń, prześladowań (masowe burzenie świątyń prawosławnych w 1938 roku), aktów nietolerancji (getta ławkowe ) w okresie międzywojennym czy prześladowań w ramach Akcji Wisła czy po „wydarzeniach marcowych”. Jak trafnie zauważył jeden z publicystów: „Mniejszości narodowe były w PRL jak ryby w akwarium: ktoś podobno je widział, ale nikt nie słyszał, aby przemówiły”.

Taki stan rzeczy wydatnie różnicował doświadczenia z „innością” obywateli polskich i obywateli z innych krajów, gdzie stanowiły one fragment codziennego pejzażu – sąsiedztwa, przedszkoli, szkół, zakładów pracy, mieszanych małżeństw, etc. Obecność ta wymagała normalizacji, układania się, empatii i „ucierała się” w praktyce codziennego dnia.

W Polsce brak takich doświadczeń leży u podstaw nieprzepracowanej wiedzy, ale przede wszystkim emocji. Procentuje to lękiem przed „odmiennymi” i przekonaniem, iż lepiej byłoby, gdyby Polska pozostała krajem homogenicznym, a stereotypowe „Polak to katolik” stanowiło normę. Brak wiedzy i nieprzepracowane emocje mają swoje zaskakujące przejawy: poparcie dla jawnie antysemickiego polityka, ogromne wsparcie dla uchodźców z Ukrainy w momencie wybuchu wojny, ale gwałtowny spadek tego poparcia obecnie, społeczna zgoda na zdejmowanie np. opery „Borys Godunow” w Operze Narodowej czy zmiana nazwy „pierogi ruskie” na „pierogi ukraińskie”, co podkreśla infantylny charakter postaw wobec „inności”.

Negatywne naznaczanie odmienności ma więc źródło w doświadczeniach Polaków, szczególnie tych, uformowanych w okresie PRL. Wstąpienie Polski do Unii Europejskiej i fakt, iż „druga Polska jest poza granicami Polski”, a doświadczenie emigracją stało się „melodią generacji” – wyraźnie osłabia tą niechęć do „Innych” w myśl stwierdzenia: „Inni to także My”.

Kilka uwag o dwujęzyczności

Kwestia dwujęzyczności była i jest szczególnie ważna dla takich krajów jak USA, kraju emigranckiego, gdzie osoby o różnych korzeniach spotykają się na jednym gruncie językowym. Ale także dla takich krajów takich jak Wielka Brytania, gdzie istnieje bardzo wiele odmian języka angielskiego, gwar często odległych od języka „wzorcowego” jaki można usłyszeć w BBC. Kraje te stanęły w pierwszym rzędzie wobec wyzwania, czy wspierać, czy redukować obecność języka „pierwszego”, „domowego”, „matczynego” czy „ojczystego” kosztem języka „drugiego”, powszechnego i oficjalnego? Rozstrzygniecie tego dylematu miało miejsce przede wszystkim w przestrzeni edukacyjnej – przedszkolach i szkołach.

W początkowym okresie, przychylano się do opinii, iż język pierwszy powinien być eliminowany. Argumentowano, iż język pierwszy interferuje w second language, czyniąc go niepoprawnym. Utrudnia zrozumienie i opanowanie wiedzy np. biologicznej czy geograficznej przez uczniów. Co więcej, brak poprawności w języku oficjalnym utrudnia uczniom karierę w wielu zawodach, jak choćby w mediach. Uważano też, że brak poprawności w wyrażaniu się utrudnia komunikację i nawiązywanie relacji z rówieśnikami czy wręcz ośmiesza dzieci z mniejszości w oczach ich rdzennych kulturowo rówieśników. Współcześnie w Polsce, choć w mniejszym stopniu w porównaniu do PRL-u, dotyczy to dzieci i osób, których język zdradza białoruskie, ukraińskie czy rosyjskie pochodzenie. Takie mówienie po prostu czy po swojomu naraża mówiącego na przejawy społecznego ostracyzmu (szerzej w mojej książce ,,Białoruska mniejszość jako grupa stygmatyzowana”, Trans Humana, 2000).

Liczne badania, ale także głosy nauczycieli przyniosły niekwestionowane wnioski, istotnie odmienne od powyższej argumentacji. Przede wszystkim stwierdzono, iż dzieci dwujęzyczne uczą się lepiej niż jednojęzyczne. Efekt ten jednak pojawia się nie od razu, ale jest widoczny w dłuższej perspektywie. Ponadto stwierdzono, iż opanowanie kolejnych języków – jeśli włada się dwoma – jest łatwiejsze niż w przypadku próby nauczenia się języka drugiego. Zostało także stwierdzone, że dzieci „zanurzone” w języku drugim, oficjalnym, nie mają istotnych problemów w jego opanowaniu i po krótkim okresie, w którym zasadniczo rozumieją gros komunikowanych treści, zaczynają posługiwać się każdym językiem bez trudu.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Elżbieta Czykwin

Elżbieta Czykwin jest profesorem zwyczajnym socjologii. Pracuje w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej.

You may also like
W Krakowie stanie cerkiew
75 lat Seminarium
Z rektorerm Prawosławnego Seminarium Duchownego o. prof. Jerzym Tofilukiem rozmawia o. Łukasz Leonkiewicz
Na batiuszkę poszedł

Odpowiedz