16 sierpnia 1945 roku ustalono i zapisano w umowie z ZSRR przebieg wschodniej granicy Polski, która w takim kształcie przetrwała do dziś. Porozumienia pokojowe w Jałcie i Poczdamie po zakończeniu drugiej wojny oparły się o linię Curzona z niewielkimi ustępstwami na rzecz Polski, głównie w okolicach Hajnówki i Białowieży. Po osiemdziesięciu latach trudno uwierzyć, że tej granicy nigdy w historii tutaj nie było. Jej obecną trwałość potęguje kryzys uchodźczy, postawienie muru i jego ochrona przez straż graniczną oraz wojsko.
Wieś Rudaki w gminie Krynki przed wojną należała do parafii po drugiej stronie rzeki Swisłocz, w Hołynce. W spisie powszechnym wszyscy mieszkańcy zadeklarowali narodowość białoruską i prawosławne wyznanie. Już po wyzwoleniu spod okupacji niemieckiej, od lipca 1944 do maja 1948 roku, Rudaki leżały w granicach Związku Radzieckiego. W wyniku delimitacji granicy ponownie znalazły się w granicach Polski. Punktem zapalnym nowej sytuacji była kwestia pochówku – na parafialny cmentarz w Hołynce trzeba było jechać za granicę. Podzielono wówczas nie tylko parafię, ale całe rodziny i strukturę społeczną. Granica na Swisłoczy niejako zmusiła przynależeć jednych do Polski, drugich do sowieckiej Białorusi. Różne obywatelstwa, paszporty, języki urzędowe – ta sama mowa i wiara. 80 lat później diametralnie różny światopogląd, wynikający z afiliacji geopolitycznych, a między ich potomkami metalowy płot. Dwanaście lat temu odwiedziłem obie wsie.
Miałem okazję porozmawiać z najstarszymi mieszkańcami, którzy uczęszczali do tej samej szkoły w Hołynce. Wspominali sąsiadów zza miedzy z życzliwością tym większą gdy dowiedzieli się, że osoby, których imiona przywoływali, wciąż żyją. Ich ograniczony kontakt jest obecnie właściwie niemożliwy.
Język jako nośnik tożsamości
Potomkowie przedwojennych mieszkańców Rudaków i Hołynki, nawet jeżeli wciąż trwają w prawosławiu, mówią dziś różnymi językami. Nie inaczej jest z prawnukami mieszkańców Białowieży, Szereszowa, Hajnówki, Kamieńca, Kleszczel czy Wysokiego Litewskiego. Miejscowa gwara północno- i południowozahorodzka (według klasyfikacji językoznawcy F. Klimczuka) potrzebuje dziś instytucjonalnej ochrony przed wyginięciem. Rosnące na początku XXI wieku zainteresowanie językową różnorodnością obszarów transgranicznych z pewnością stanowi próbę zmierzenia się z konsekwencjami budowy państw narodowych, których granice polityczne nie zawsze pokrywają się z granicami etnicznymi.
Mikrojęzyk podlaski, żywy w mowie codziennej części mieszkańców regionu położonego między Bielskiem Podlaskim a Hajnówką, nie posiada oficjalnego statusu ani ujednoliconej kodyfikacji. Nadal funkcjonuje na marginesie instytucji, edukacji i debaty publicznej.
W niniejszym tekście chciałbym przyjrzeć się psychologicznym i socjologicznym aspektom jego używania, opierając się na trzech narzędziach teoretycznych: koncepcji stygmatyzacji prof. Elżbiety Czykwin, teorii rang Arnolda Mindella oraz idei double consciousness autorstwa Williama E.B. Du Boise’a.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Tomasz Sulima








