Home > Artykuł > Najnowszy numer > Pożegnanie – Diakon Wasia

1 września odszedł do Pana wieloletni dyrygent soboru św. Mikołaja w Białymstoku 70-letni protodiakon Bazyli Dubec. W swym ostatnim, z wielkim trudem wypowiedzianym już zdaniu, prosił tych, których uraził o wybaczenie, wszystkich o modlitwę.

Na panichidzie 2 września sobór był pełen. Wielu wiernych stało na cerkiewnym pogoście. Nabożeństwo odprawił biskup supraski Andrzej przy udziale kilkudziesięciu duchownych z całego kraju. Ich śpiew, podobnie jak śpiew chórzystów przybyłych chyba ze wszystkich białostockich parafii, poruszał do głębi, płonęły setki świec. Godnie żegnała Cerkiew protodiakona, który służył w soborze ponad czterdzieści lat, zanosząc modlitwę i okadzając świątynię. Kadzidło włożono mu do trumny.

Wielu duchownych i wiernych przyszło też na Liturgię i czyn pogrebienija, którym następnego dnia przewodniczył arcybiskup Jakub. Władyka przypomniał tak lubianego protodiakona. Mówił o jego łemkowskich korzeniach, ojcu Teofilu Dubecu z Florynki i mamie Marii z Pierunki, którzy w wyniku Akcji Wisła znaleźli się na nieopodal Lubina, gdzie w 1955 roku urodził się zmarły. Wspomniał o tym, że po seminarium młody Wasilij był dyrygentem we Wrocławiu, następnie w Łodzi zaś po przyjeździe do Białegostoku – psalmistą i dyrygentem pierwszego w latach powojennych młodzieżowego chóru w tym mieście. I choć w latach 1989-1992 przeszedł do diecezji przemysko-nowosądeckiej i z rąk arcybiskupa Adama, swego wujka, otrzymał święcenia diakońskie, czuł się chyba bardziej związany z Podlasiem, bo tu wrócił i w soborze pełnił swoją służbę do końca.

Od dwóch lat ciężko chorował, przeszedł wiele chemioterapii, zabiegów radioterapii i operacji, ale zawsze, choć osłabiony i wycieńczony, zjawiał się na klirosie i śpiewał.

Arcybiskup podkreślił, że o. Bazyli był współorganizatorem wieczorów kolęd, organizatorem białostockich Dni Muzyki Cerkiewnej, dyrygentem chóru duchowieństwa diecezji białostocko-gdańskiej. Na realizację różnych planów przeznaczał także swoje prywatne środki.

Był człowiekiem życzliwym, towarzyskim, gościnnym.

– Doświadczyłem tego przed 38 laty, kiedy pracowałem, ale byłem już nowicjuszem i przychodziłem do soboru na wszystkie służby – podzielił się wspomnieniami władyka Jakub. – Na święta wszyscy szli do swoich domów, ja wracałem do swego pokoiku. Wtedy zastukał do mnie o. Bazyli. „Chodź do nas na obiad, przecież jesteś sam. Matuszka przygotowała już obiad” – zaprosił. Matuszka Ala podawała do stołu, był też mały Dawid. To zapadło mi w pamięć. Ta gościnność cechowała go do końca.

26 sierpnia o. Bazyli ukończył 70 lat. Wyprawił ucztę. Zaprosił soborowe duchowieństwo i mnie. Wszyscy czuliśmy, że jest to nasze ostatnie spotkanie. Jubilat siedział wytrwale przy stole, podłączony do aparatury, rozmawiał, nawet żartował. Była przy nim, jak przed 38 laty, matuszka Ala, która podawała do stołu i syn Dawid. O. Bazyli powiedział, że za dwa dni idzie do hospicjum. Bardzo przeżywał, że nie mógł przyjąć eucharystycznego ciała i krwi.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk, fot. archiwum Aleutyny Romaniuk

You may also like
80 lat po tragedii
Święto młodzieży
Złoty wiek kultury prawosławnej
O ojcu Jerzym Klingerze

Odpowiedz