„Neounia na Południowym Podlasiu w latach 1924-1939”, książka o. Korneliusza Karola Wilkiela, to plon jego doktoratu, napisanego na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim pod kierunkiem prof. Krzysztofa Leśniewskiego. Wracamy do niej, ponieważ jest to przekrojowe spojrzenie na projekty unijne w ogóle. Nam ta wiedza jest niezbędna. Przybliżyliśmy w poprzednim wydaniu PP na podstawie książki unie lyońską i florencką. Ostania do dziś rzuca cień na stosunki między Kościołami katolickim i prawosławnym. Argument unii florenckiej (1439) był wykorzystywany w walce o supraski monaster, bo został założony po „Florencji”, argumentowała strona katolicka, chciała więc go widzieć jako unicki, choć z tamtej unii nie zostało nic, oprócz założeń i pamięci o niej. Inaczej jest z unią brzeską (1596). Unici, w Galicji zwani grekokatolikami, przez nią zrodzeni, istnieją do dziś. Roszczą pretensje do długiej tradycji, sięgającej Rusi Kijowskiej i czasów św. Włodzimierza Wielkiego. Ta unia ciągle boleśnie dzieli – głównie Ukraińców i Łemków. Dlatego dziś przypominamy o unii brzeskiej na podstawie pracy o. Korneliusza Wilkiela.
Kościoły – katolicki i prawosławny inaczej postrzegają unię. Pierwszy widzi ją jako zjednoczenie obu Kościołów w państwie polsko-litewskim, drugi jako podporządkowanie prawosławnych władzy papieża i przyjęcie przez nich katolickiej nauki wiary, widzi prozelityzm.
Od unii florenckiej minęło półtora wieku. Watykan starannie przygotowywał się do nowej unii. Tamtą miał za wzór. Czas dla rzymskich katolików naglił. Utracili w drugiej połowie XVI wieku miliony wiernych na zachodzie Europy, przez którą przetoczyły się potężne ruchy reformacyjne, potem wojny religijne. Chciano „uzupełnić” wiernych kosztem prawosławnych. Na dwie dekady przed zawarciem unii brzeskiej Piotr Skarga napisał słynne dzieło „O jedności Kościoła Bożego pod jednym pasterzem”, czyli papieżem. Proponował przebiegłą drogę – rozmawiać z prawosławnym biskupami i szlachtą. Ich skłonić do unii, bo za nimi pójdzie lud. Jezuita Antonio Possevino, który reprezentował papieża Grzegorza XIII na Rusi Moskiewskiej, proponował, by Ruś Kijowską podporządkować Watykanowi na zasadach określonych we Florencji. Czas uznał za dobry, bowiem Stefan Batory odniósł w 1582 roku zwycięstwo nad Rusią Moskiewską, odzyskując Inflanty. Pamiętamy obraz Jana Matejki „Batory pod Pskowem”, gdy car Iwan III Groźny klęcząc przed Batorym siedzącym na tronie – w tle jezuita – prosi o pokój. Jezuici już istnieli. Papież powołał ten zakon w 1540 roku. Miał skłaniać prawosławnych do przyjęcia unii z Rzymem. W Polsce rozpoczął działalność w 1564 roku. Jezuici szli do elit. Organizowali dla ich dzieci szkoły. I nieśli tezę o niepodważalnej wyższości katolicyzmu nad innymi wyznaniami chrześcijańskimi, zwłaszcza prawosławiem. Mieli duży wpływ na króla Zygmunta III Wazę, który powiedział: „(…) niechaj raczej ginie Rzeczypospolita, zgińmy ty i ja, byle tylko wiara święta uszczerbku nie doznała”, oczywiście rzymskokatolicka.
Jezuici zwrócili uwagę na prawosławnych biskupów kijowskiej metropolii. Od nich zamierzali rozpocząć swą prozelityczną misję. Widzieli w nich słabe ogniwo. W biskupach? – dziś z niedowierzaniem zapytalibyśmy. Tak. Wtedy sytuacja była zupełnie inna niż dziś. Katoliccy władcy Rzeczypospolitej realizowali swoją nieprzychylną politykę wobec Cerkwi. Dla nich wygodne było posiadanie „swoich” ludzi wśród prawosławnych biskupów. Królowie i książęta rozdawali więc biskupie katedry osobom świeckim za ich zasługi, czy może uległość wobec swoich panów. Ich śladem szli magnaci i szlachta, roszcząc sobie prawo mianowania proboszczów i ihumenów. W ten sposób do cerkiewnej hierarchii i na niższe cerkiewne szczeble przenikali ludzie nieprzygotowani, często dbający o to, by wzbogacić siebie i bliskich, skłonni do ustępstw, a nawet niemoralnego życia. Praktykę tę nazywano „podawaniem chlebów duchowych”. Nie do pogodzenia była ona z kanonami Cerkwi, zabraniającej tego rodzaju praktyk. Malał prestiż hierarchów i duchownych. Szczególnie bractwa cerkiewne były niezadowolone ze stylu życia hierarchów. Wiele robiły, by sytuację poprawić – zakładały szkoły, prowadziły drukarnie, opiekowały się monasterami. Dwa z nich – lwowskie i wileńskie – otrzymały przywilej stauropigii, nadany przez patriarchę Konstantynopola, czyli nie podlegały miejscowym hierarchom. Rodziło to jeszcze większy konflikt między bractwami a hierarchami.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Anna Radziukiewicz, fot. autorka
Ks. Korneliusz Karol Wilkiel, Neounia na Południowym Podlasiu w latach 1924-1939, Lublin 2025, ss. 256.








