Home > Listopad 2025 > Posłani przez Boga

W Warszawie na Woli świętowano 11 i 12 października 120-lecie poświęcenia cerkwi św. Jana Klimaka, godnie i uroczyście. Do świętowania zaproszono całą parafialną wspólnotę. W sobotę w dolnej, wypełnionej wiernymi cerkwi, służono Liturgię i modlono się za dusze fundatorów cerkwi, jej budowniczych i opiekunów.

Wszystkich zaproszono na śniadanie. Po nim zaproponowano dwa znaczące wykłady. O uniatyzmie historycznym, ale i o zagrożeniu nim współcześnie, mówił prof. Antoni Mironowicz, świetny znawca historii Cerkwi w Rzeczypospolitej (problem ten należy jak najszerzej prezentować, bo próby unijne nie ustają, zmieniają tylko „twarz”). Diakon dr Andrzej Golimont przybliżył natomiast historię warszawskich cerkwi, poczynając od pierwszej kaplicy na Woli, kończąc na około czterdziestu warszawskich cerkwiach, istniejących tuż przed pierwszą wojną.

Po konferencji zaproszono do cerkwi na koncert chóru parafii na Woli. Chór wystąpił pod dyrekcją prof. Włodzimierza Wołosiuka, prezentując bardzo wysoki poziom śpiewu.

Uroczystości przybrały charakter parafialno-rodzinny, spowity serdeczną atmosferą. Znów wszystkich zaproszono na obiad, do ustawionego rok temu na cerkiewnym placu dużego namiotu, który z tymczasowego stał się stałym. Może pomieścić i kilkaset osób, czego nie uczyni żadna parafialna sala.

W niedzielę Liturgię służono o siódmej. Po niej poświęcono krzyż, ustawiony tuż obok cerkwi z tablicą upamiętniającą jubileusz. Liturgię główną służył metropolita Cerkwi w Polsce Sawa wraz z arcybiskupem bielskim Grzegorzem oraz wieloma duchownymi nie tylko z parafii na Woli.

– Bóg ciągle posyła nam dobrych ludzi – mówi matuszka Ewa Misijuk – kiedy, nie kryjąc zachwytu i zdumienia, mówię o tym, że cerkiew po remoncie widzę jako perłę w koronie cmentarza, objętego zresztą, jak i cerkiew, ochroną konserwatora. Wiem, że muszę porozmawiać z proboszczem parafii, o. Adamem Misijukiem, jak to jest z tym „posyłaniem”.

– Tak, Bóg cały czas posyła ludzi, którzy chcą pomagać – potwierdza proboszcz.

I ci ludzie za swoje zasługi zostali wyróżnieni podczas niedzielnej Liturgii medalami św. Marii Magdaleny II stopnia: prof. Małgorzata Omilanowska, Grzegorz Podlaski, chór parafii, Stowarzyszenie Wierni Tradycji Pokoleń, rada parafialna św. Jana Klimaka. W poprzednich latach order II stopnia otrzymali: Zoja Bajko-Romańska, Zinaida Kulas, Irena Sacharczuk, Sławomir Makal oraz przedstawiciele władz samorządowych i konserwatorskich – Krzysztof Strzałkowski (order z ozdobami), prof. Jakub Lewicki, dr Michał Krasucki, Dorota Malinowska, Renata Kaznowska, Wiesław Raboszuk, Andrzej Widlicki.

– Wiedzieliśmy, że cerkiew wymaga gruntownego remontu i że poprzednie renowacje przypominały naszywanie łat na wynoszoną tkaninę – mówi o. Adam Misijuk, któremu metropolita Sawa wręczył krzyż kapłański z ozdobami. – I wiedzieliśmy, że porządny remont jest drogi. Co robić? – spytałem błażenijszego metropolitę Sawę.

– Remontujcie – pobłogosławił.

– Z Mironem Kellerem, specjalistą od prac konserwatorskich z firmy Omoforma, umówiłem się przy cerkwi, obok grobów dzieci z prawosławnego sierocińca, zamordowanych przez hitlerowców w pierwszym dniu powstania warszawskiego. Widzę, stoi blady, jakby zaniemówił. Wskazuje na wielki kawałek elewacji. Przed chwilą odpadł z cerkwi, trafiając pod jego nogi. A gdyby zrobił jeszcze krok… To był sygnał. Zaczynamy!

Mój przyjaciel z Białegostoku architekt Andrzej Klimiuk i jego Archibiuro w bardzo szybkim czasie wykonało projekt budowlany remontu, nie oczekując nic w zamian. Wykonano kilka ważnych ekspertyz, np. konstrukcyjno-budowlaną stanu technicznego cerkwi, budowlano-konstrukcyjną więźby dachowej kopuły i dachów, mykologiczną dolnej i górnej cerkwi oraz więźby dachowej oraz skanowanie całej cerkwi z zewnątrz i wewnątrz.

Największym problemem – dowiaduję się – była wilgoć. Cerkiew jakby na podmokłym gruncie stała. Pleśniały szaty liturgiczne, obłaczenija, antymis, pleśniał „Nowosielski” – gorzej, odpadały całe fragmenty jego malowideł w dolnej cerkwi. Zaczęli cerkiew osuszać urządzeniami, które z powietrza ściągały wilgoć. Codziennie zbierały one po ponad dwadzieścia litrów wody! To dwa wiadra. A konserwatorzy przychodzili, oglądali „Nowosielskiego” i zarzucali proboszczowi, że nie dba o takiej klasy słynne malowidła. Ale one poprzednie renowacje wytrzymywały rok-półtorej, potem znów wilgoć je zwyciężała.

Trzeba cerkiew osuszyć, grunt wokół niej ustabilizować, zrobić ujście dla wody i wilgoci.

– Fundamenty cerkwi zostały odkopane na głębokość pięciu metrów – mówi Andrzej Klimiuk, który przez cały czas wykonywał ze swoim biurem wszystkie projekty remontu. O takim jak on proboszcz mówi „posłany przez Boga”. Andrzej Klimiuk sumuje: – To duża inżynierska robota, której z zewnątrz nie widać, bo wiele prac ukryła ziemia, i trudna, ponieważ wszystko robiono na styku z zabytkowym cmentarzem.

Koszt pierwszego, czyli podziemnego etapu oszacowano na 1246 tysięcy złotych, grubo ponad milion! To był szok, przy pustej w zasadzie kasie. Ale błogosławieństwo metropolity mieli. Sto tysięcy złotych otrzymała parafia dofinansowania z ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego, czyli niespełna jedną dwunastą niezbędnej kwoty. Resztę włożyli parafianie.

– Nie wiem, jak te pieniądze się pojawiły – komentuje proboszcz. – To Boże dzieło. – Dzięki szybkiemu, profesjonalnemu projektowaniu Andrzeja Klimiuka mogliśmy w 2018 roku rozpocząć remont.

Drugim etapem był remont tamburu, podstawy kopuły i kopuły. Jeśli by do niego nie przystąpiono natychmiast, kopuła mogłaby się „złożyć”, runąć. Tu Bóg posłał firmę Delta, która pracowała sprawnie, generując koszty do udźwignięcia dla parafii, a sięgnęły one aż półtora miliona złotych. Ale tym razem parafia otrzymała więcej dotacji – od stołecznego konserwatora zabytków, wojewody mazowieckiego i marszałka województwa mazowieckiego.

– Myśleliśmy, że będziemy zdejmować kopułę – mówi proboszcz – ale miedziana blacha, która ją pokrywa jest tak gruba i tak dobrej jakości, że dzisiaj takiej nigdzie nie znajdziemy. Musimy ją ocalić. To ekspertyza wykonawcy. Ten etap był najdroższy i najbardziej skomplikowany.

Zbity w tamburze tynk odsłonił nad każdym łukiem okiennym taką szczelinę, że można było przez nią patrzeć na zewnątrz. Tynk maskował, ale konstrukcji nie trzymał. Szczeliny „zszywano” zbrojeniem, po czym wpompowywano do każdej po kilkanaście litrów specjalnego kleju. – Gdybym tego nie widział, nie uwierzyłbym – komentuje o. Adam.

Ale to za mało. Tambur otoczono z zewnątrz, niczym beczkę obręczami, czterema opaskami z włókna węglowego.

Anna Radziukiewicz, fot. autorka

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

You may also like
Orędzie Bożonarodzeniowe
Z ufnością w przyszłość
Zimowa Pascha w Zaleszanach
W rocznicę I Soboru Powszechnego