Książka o. Korneliusza Karola Wilkiela „Neounia na Południowym Podlasiu w latach 1924-1939” traktuje o uniach papieskich w przekrojowym spojrzeniu. Jej jednak „główną bohaterką” jest neounia. O niej poniższy tekst. W dwóch poprzednich wydaniach pisaliśmy na podstawie tej książki o uniach lyońskiej i floreńskiej oraz brzeskiej.
W 1921 roku prawosławni w II Rzeczypospolitej stanowili 10,5 proc. liczby ludności niespełna 26 milionowego państwa, grekokatolicy 11,2. Dziesięć lat później, w państwie 32-milionowym, stanowili prawie 12 proc., grekokatolicy 10,2.
Prawosławni byli traktowani jako relikt panowania rosyjskiego. Cerkiew prawosławna, choć od 1924 roku o statusie autokefalicznej, przez niemal całe międzywojnie musiała się zadowolić, prowadząc swoją działalność, „Tymczasowymi przepisami o stosunku rządu do Kościoła Prawosławnego” z 1922 roku, bardzo krzywdzącymi. Zgodnie z tymi „przepisami” państwo miało prawo do ingerowania we wszystkie sfery życia cerkiewnego. Korzystało z tego prawa.
Kościół katolicki miał pozycję uprzywilejowaną. Państwo nie ingerowało w jego życie. Pulę przywilejów powiększył mu konkordat zawarty w 1925 roku.
Cerkiew w okres niepodległości II Rzeczypospolitej weszła w opłakanym stanie – wiele cerkwi zniszczonych w czasie wojny, wiele zamkniętych na skutek bieżeństwa, potem akcji rewindykacyjnej z lat 1918-1924, kiedy prawosławne świątynie i majątek przejmował Kościół rzymskokatolicki albo państwo, zamieniając je na przykład w magazyny. Tworzyły się wtedy zręby autokefalii naszej Cerkwi, nie pozbawione dramatycznych wydarzeń.
I właśnie w tej sytuacji Cerkiew musiała się zmierzyć z kolejnym unijnym projektem Watykanu, czyli neounią. Gdzie ten projekt głównie wprowadzano? Na Południowym Podlasiu, czyli na południe od Bugu, w środkowym pasie wschodniej Polski, w powiatach bialskim, włodawskim, łosickim, parczewskim, sokołowskim, w części radzymińskiego i siedleckiego. Ale tam prawosławnych po pierwszej wojnie została garstka – 5 proc. społeczności, czyli około 38 tysięcy ludzi. Przed pierwszą wojną mieli na tej ziemi aż 128 cerkwi, po wojnie, bieżeństwie i rewindykacji zostało im sześć (6), potem pozwolono na otwarcie jeszcze pięciu (5) parafii. Ponieważ prawie wszystkim prawosławnym na tej ziemi było daleko do cerkwi, sami zorganizowali jeszcze dziewięć (9) parafii tzw. nieetatowych – razem 20.
Taka garstka prawosławnych, żyjących w morzu rzymskiego katolicyzmu, nie stanowiła dla nikogo zagrożenia, tym bardziej dla polskiej państwowości. Nie było tu też narodowościowych niepokojów, jak w Galicji między unitami Ukraińcami a Polakami. Po co więc wytaczać przeciwko nim kosztowne armaty neounii?
Watykan nie stawiał jednak tego typu pytań. Widział upadek carskiej Rosji i Cerkwi prawosławnej w państwie powstałym na jej gruzach. I dla wiernych Cerkwi na tym ogromnym, już sowieckim, obszarze szykował nową unię kościelną. Uważał, że los wyraźnie sprzyja odwiecznym marzeniom Watykanu o latynizacji prawosławnego Wschodu. A Południowe Podlasie miało być polem doświadczalnym do realizacji tego ogromnego projektu. Nawet ówczesny wojewoda lubelski stwierdził, że Watykan „obrał sobie Polskę na pole eksperymentów unijnych”. W Watykanie przywiązywano dużą wagę do tego projektu, nadzorowanego przez samego papieża Benedykta XV, który politykę względem Wschodu traktował jako swój priorytet. Już w 1917 roku utworzono Świętą Kongregację dla Kościołów Wschodnich. Dwa lata później ukazała się encyklika Benedykta XV Maksimus illud ze szczegółowymi wskazówkami dla misjonarzy na Wschodzie. W tym dziele papież widział wielką rolę unitów, zwłaszcza Ukraińców. Uważał, że zanim pozyska się Rosję dla Kościoła katolickiego, najpierw należy pozyskać Ukrainę, której wspólnoty unickie miałyby być forpocztą do niesienia katolicyzmu dalej na Wschód.
Benedykt zmarł w 1922 roku. Po nim nastał Pius XI (wcześniej ks. Ambrogio Ratti), doświadczony w kontaktach ze wschodnim chrześcijaństwem. W 1919 roku został mianowany nuncjuszem apostolskim w Polsce i tu przyjął sakrę biskupią. Doświadczenia wyniósł z Polski, jadąc do której nauczył się nawet języka rosyjskiego. Tuż po mianowaniu go na papieża został odznaczony Orderem Orła Białego. W 300-setną rocznicę śmierci Jozefata Kuncewicza, czyli w 1923 roku, papież wydał encyklikę Ecclesian Dei. I chociaż encyklika oficjalnie mówiła o konieczności przezwyciężenia wzajemnej nieufności Wschodu i Zachodu, to jej celem była misja na Wschodzie, prozelityzm. Pius XI dobrze przygotował się do misji – wprowadził we wszystkich uczelniach teologicznych studia wschodnie jako przedmiot obowiązkowy. Utworzył Kolegium Rozkrzewiania Wiary Instytutu Misjologicznego. Skupił się na trosce o katolików w Rosji. Inaczej nie mógł wejść na teren ZSRR, jak z pomocą charytatywną. Nieoficjalnie ci, którzy ją nieśli, badali sytuację religijną i polityczną. Po dwóch latach zostali wydaleni, gdy władze dowiedziały się o prawdziwym celu akcji. Po porażce w ZSRR papież nie ustaje. Swą misję kieruje do porewolucyjnej rosyjskiej emigracji, przebywającej w krajach zachodnich. Miał nadzieję, że po obaleniu bolszewickiej władzy ta elita zasiądzie w strukturach władzy Rosji, więc już na Zachodzie trzeba tworzyć katolickie ośrodki dla prawosławnych, by potem je przenieść do „wyzwolonej” Rosji. Jeden z głównych utworzono w Paryżu. W jego ramach miały miejsce głośne konwersje na katolicyzm. Podobny ośrodek działał w Wiedniu, w Konstantynopolu zaś Watykan otworzył specjalną szkołę dla emigrantów.
W 1925 roku utworzono papieską Komisję Pro Russia. Komisja działała w ramach Kongregacji dla Kościoła Wschodniego, powołanej w 1917 roku przez poprzednika Piusa XI. Na jej czele stanął sam papież. Miała się skupić na terenach zamieszkałych przez prawosławnych. W tym samym roku papież powołał Papieski Instytut Wschodni. Miał kształcić misjonarzy posyłanych na Wschód, tam gdzie są największe skupiska prawosławnych. Placówki szkolące misjonarzy były otwierane i w innych krajach, także w Polsce (Instytut Misyjny w Lublinie, kierowany przez jezuitów).
Komisja Pro Russia miała czuwać nad emigracją rosyjską i kierować misją w krajach graniczących z ZSRR – w nich pozyskiwać prawosławnych do Kościoła katolickiego, potem wniknąć do ZSRR z nową unią papieską, być może razem z hitlerowcami, którzy doszli do władzy w 1933 roku. Stolica Apostolska widziała w zmianach politycznych w Niemczech możliwość pokonania Związku Radzieckiego. Pius XI widział największy potencjał w realizacji tego planu w Polsce. Polska, leżąca na granicy Wschodu i Zachodu, miała stać się poletkiem doświadczalnym dla neounii. Głównym inicjatorem akcji neounijnej w Polsce stał się biskup podlaski Henryk Przeździecki.
Do neounii przygotowywał się starannie nie tylko Watykan, ale i Kościół rzymskokatolicki w Polsce. W 1919 roku odbył się zjazd episkopatu Polski w Gnieźnie, gdzie powołano komisję do spraw rozwoju unii, dwa lata później podobny zjazd miał miejsce w Krakowie – powołano na nim Instytut Misyjny w Lublinie.
Biskup Przeździecki pragnął powrotu do Kościoła katolickiego byłych unitów. Neounia miałaby być do nich adresowana. Prawosławie uważano wtedy za wiarę chłopską, podlaski biskup miał więc nadzieję, że wielu przyjmie neounię dla poprawienia społecznego statusu.
Przy pierwszej swojej wizytacji diecezji otworzył siedemdziesiąt nowych parafii obrządku łacińskiego. Do nich włączał prawosławnych, którzy nie mieli ani cerkwi, ani duchownych. Najbardziej zależało mu jednak na pozyskaniu prawosławnych duchownych, na ich konwersji, mając nadzieję, że za nimi pójdą wierni.
Udał się w 1923 roku do Rzymu z planem zorganizowania w Polsce Kościoła katolickiego obrządku bizantyjsko-słowiańskiego. Nie widział współpracy z grekokatolikami. Obawiał się szerzenia przez nich ukrainizacji. Poza tym duże u grekokatolików naleciałości łacińskie mogły, zdaniem biskupa, odstraszać prawosławnych. A hierarcha chciał stopniowo, po cichu, wypierać prawosławie i nie dopuścić do jego ukrainizacji.
Stolica Apostolska szybko zareagowała na plan Przeździeckiego.
Czy polskie władze chciały neounii? Były zainteresowane zniszczeniem prawosławia na Kresach Wschodnich, ale poprzez misję Kościoła w obrządku łacińskim. Chciały poprzez jedność wyznaniową budować jednolity organizm państwowy. Unia zaś tej integracji nie sprzyjała i mogła powodować skutki odwrotne do zamierzonych. Władze II Rzeczypospolitej miały już doświadczenie z Kościołem greckokatolickim, który nie dążył do utworzenia jedności państwa. Wojewoda lubelski, który najbliżej obserwował akcję biskupa Przeździeckiego, uważał wprowadzanie nowego obrządku za bezwzględnie szkodliwe. Pisał, że „wyznanie wschodnio-katolickie skierowane jest do rozkładu prawosławia na ziemiach Rzeczypospolitej (…)” i może zadecydować „o przejściu duchowieństwa prawosławnego do wrogiego dla państwowości obozu, bądź ukraińskiego bądź rosyjskiego”. Wojewoda pisał, ,,że nie ma najmniejszej gwarancji, że nowy obrządek nie zostałby opanowany przez czynniki polityczne, wrogie państwowości polskiej”. Pisał o polityce Rzymu, mającej szerokie zamiary pozyskania prawosławia dla Stolicy Apostolskiej w drodze walki z hierarchią prawosławną i zaatakowania jej od dołu. Tworzenie wyznania wschodnio-katolickiego nazwał „(…) polem eksperymentu polityki Rzymu, pragnącego na ziemiach Rzeczypospolitej wytworzyć przedpole do swojej akcji wyznaniowej obliczonej na szersze tereny Wschodu i dlatego też nie wiąże się ta akcja ani z interesami narodu polskiego, ani z interesami państwowości polskiej”.
W sprawie nowego obrządku wojewoda lubelski zorganizował w listopadzie 1924 roku konferencję, na której podjęto kroki mające powstrzymać rozwój neounii na Południowym Podlasiu. Na niej stwierdzono m.in. że „rząd polski może znaleźć się w paradoksalnym położeniu faworyzowania Cerkwi prawosławnej i aktywnego bronienia jej przed unią”. Obawiano się też eskalacji konfliktu między katolikami i prawosławnymi oraz „pomnażania niechęci wiernych prawosławnych wobec władz państwowych”.
Do końca okresu międzywojennego – papież Pius XI zmarł w 1939 roku – stanowisko polskich władz wobec neounii nie zmieniło się, mimo że wiedziały, jak ogromne znaczenie miało propagowanie neounii dla Watykanu „ze względu na docelowe nawrócenie Rosji”. Neounia była punktem zapalnym w sporach między Kościołem i władzą II RP. Władze wiedziały, że unia, stworzona przed wiekami w 1596 roku, wcale nie służy jednaniu państwa, a tworzy nowe separatyzmy.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Anna Radziukiewicz







