Zostały już tylko post i modlitwa pisaliśmy miesiąc temu przed posiedzeniem szóstego sądu apelacyjnego Kijowa, który 30 października miał podjąć postanowienie o zaprzestaniu działalności kijowskiej metropolii Ukraińskiej Prawosławnej Cerkwi. Rozprawa, po pięciu i pół godzinie trwania, została przełożona na 11 grudnia. Teraz ukraińscy hierarchowie proszą o modlitewne wsparcie dla przebywającego od półtora roku w areszcie, chorego na serce, władyki Arseniusza, namiestnika Swiatogorskiej Ławry.
23 października Dnieprowski Sąd Apelacyjny podjął decyzję, na którą czekały miliony wiernych – hierarcha został zwolniony z aresztu za kaucją. Wszystkim, którzy wspierali metropolitę, przez chwilę wydawało się, że ich pasterzowi wreszcie pozwolono odetchnąć. Ale szybko stało się jasne, że nadzieja była złudna.
Sędziowie postanowili uwolnić metropolitę za kaucją w wysokości 1 mln 514 tys. hrywien (około 105 tys. zł). Długo zwlekali z takim postanowieniem. Jednak stan zdrowia hierarchy był na tyle zły, że pojawiły się obawy, że może umrzeć w areszcie. Dla ludzi, którzy pomogli zebrać pieniądze na kaucję, władyka Arseniusz to nie tylko imię. To ojciec, orędownik modlitwy, człowiek, który uczynił bardzo wiele, aby podnieść z ruin i zapomnienia Swiatogorską obitiel. Ci ludzie w poniedziałek, 27 października, wpłacili wymaganą sumę, spełniając wszystkie wymogi prawa.
I oto następnego dnia, 28 października, o 17.00, mimo że strona obrony nie dostarczyła jeszcze do aresztu dokumentów o wpłaceniu kaucji, metropolita wyszedł z aresztu. I już po kilku sekundach otoczyli go funkcjonariusze SBU. Jego wolność trwała mniej niż minutę.
Od wieczora do północy władyka przebywał w siedzibie SBU. Potem przewieziono go do szpitala pogotowia ratunkowego w Dnieprze. Kardiolog przelotnie przejrzała dokumenty z zaleceniami operacji serca, nie zwracając na nie większej uwagi. Następnie hierarcha przeszedł badanie w szpitalu psychiatrycznym i został przewieziony do aresztu tymczasowego. W celi znalazł się dopiero o czwartej nad ranem, po niemal dwunastu godzinach na nogach.
30 października Sąd Dzielnicowy w Dnieprze rozpoczął kilkudniową rozprawę w sprawie środka zapobiegawczego dla metropolity, oskarżonego tym razem z artykułu 436-2 KK o „usprawiedliwianie agresji Federacji Rosyjskiej” (półtora roku temu został aresztowany za rzekome rozpowszechnianie informacji o „lokalizacji Sił Zbrojnych Ukrainy”. Władyka w kazaniu powiedział, że znajdujące się na drodze do monasteru posterunki zatrzymały udających się tam wiernych.
– Nie bronię siebie. Bronię tego dobra, które mamy na Ukrainie. Teraz zdajemy egzamin z naszej ludzkiej godności, naszego sumienia, zdrowego rozsądku – powiedział przed sądem metropolita. – Żyłem i żyję dla narodu ukraińskiego, pracowałem nie dla jakiejś abstrakcyjnej Ukrainy ani dla Moskwy, lecz dla narodu Ukrainy. Ale o tym zapomniano i przedstawia się mnie jako wroga narodu, żądając kary od pięciu do ośmiu lat więzienia.
Podkreślił, że nie zamierzał i nie zamierza opuszczać Ukrainy: – Mówią, że rzekomo mogę uciec. Przepraszam, ale w 2022 roku byłem w Ławrze, siedziałem pod ostrzałami, dwa razy zasypało mnie w piwnicy – bracia mnie odkopali. Linia frontu przebiegała 80 metrów od monasteru. Mogłem uciec, ale zostałem.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Ałla Matreńczyk, fot. archiwum Swiatogorskiej Ławry








