– Ta cerkiew z czasów unickich? – ktoś mnie zapytał. – Niemożliwe – odpowiedziałam, nie znając jeszcze daty jej budowy. Unici w I Rzeczypospolitej i po jej rozpadzie chodzili często do cerkwi-chat, krytych nieraz słomą. Polonizowani i latynizowani, najlepiej żeby w ogóle opuścili te ubogie cerkiewki – tak zakładano – i przeszli do pięknych, barokowych wtedy kościołów.
A ta cerkiew jest piękna, niepowtarzalna, gra błękitem i bielą oraz grafitem kopuł, oprawionych złotą koronką niczym z plasteliny ulepiona. W drewnie wyrysowuje symfonię form. „1865” – widzę wybitą w metalu datę, umieszczoną na transepcie nad drzwiami wejściowymi. Minęło ćwierć wieku od powrotu unitów do prawosławia, kiedy ją wyświęcano.
Duch tworzy formy – przypominam frazę, wypowiedzianą przez Aleksija Osipowa, złotoustego współczesnej Rosji. – Jaka duchowość człowieka, takie i zewnętrzne płody jego życia. Jaki duch, taka sztuka.
To cerkiew w Druskiennikach, najbardziej znanym kurorcie Litwy, jednym z najlepszych klimatycznych i balneologicznych uzdrowisk w Europie, słynącym z różnych źródeł mineralnych i bogatych pokładów borowin. Szesnastotysięczne miasto osiadło w zakolu Niemna, podobnie jak Grodno, oddalone o około pięćdziesięciu kilometrów, też obrało zakole tej samej rzeki, łączącej dziś Białoruś, Litwę i Rosję w obwodzie kaliningradzkim na długości ponad dziewięciuset kilometrów. Niemen, opiewany w literaturze różnych narodów, był główną rzeką Wielkiego Księstwa Litewskiego. Zasilają go i nasze rzeki – Łosośna, Czarna Hańcza, Świsłocz.
To do tej druskiennickiej cerkwi Marek Jakimiuk i Walenty Golonko, jako przedstawiciele bractwa Swiatogorców, wnieśli drugiego listopada dużą ikonę świętych hagiorytów – Porfiriusza, Paisjusza i Jakuba, ufundowaną przez to bractwo. Była to pierwsza spośród około 70 ikon, fundowanych przez Swiatogorców, powstała na Świętej Górze Atos, która trafiła do cerkwi za granicą. Inne, niczym atoskie ziarna duchowości, zostały rozsiane po cerkwiach całej Polski – Białegostoku, Krynek, Wrocławia, Gdańska, Siemiatycz, Bielska, Hajnówki, czy wszystkich parafianych cerkwiach diecezji łódzko-poznańskiej.
Proboszcz druskiennickiej parafii, o. Włodzimierz Sinicyn, ze wzruszeniem i radością dziękował za dar. Wskazywał na tysiącletnie kontakty ziem Rusi z Atosem, poczynając od założycieli Kijowsko-Pieczerskiej Ławry, świętych Antoniego i Teodozjusza, przez św. Paisjusza Wieliczkowskiego, który doprowadził w wieku osiemnastym do odrodzenia tradycji hezychastycznej na Rusi. Wtedy scholastyka, niczym spieniona fala, pokrywała już i Cerkiew wschodnią, pod którą głębi duchowego doświadczenia trudno już było dojrzeć.
Ikona wyszła spod ręki Paisjusza, ucznia św. Paisjusza Hargioryty (jedynemu, ukochanemu uczniowi św. Paisjusz nadał swoje imię). Dla odróżnienia jest często nazywany Matematykiem, z powodu swego pierwotnego zawodu. Ikona wniosła do druskiennickiej cerkwi duch Atosu i kanonicznej ikony. Tu wszystkie ikony i malowidła pozostają wciąż w stylu zachodniego malarstwa religijnego.
Adam Zacharczuk od lat wiąże nici Cerkwi w Polsce z Cerkwią na Litwie, przez wieki tworzącą jeden piękny „gobelin” wiary, na którym wojny i politycy rysowali swoje granice państwowe, ale jedności wiary, świadomości wspólnych korzeni, tych zanurzonych w chrzcielnej kąpieli na Dnieprze w 988 roku, zatrzeć nie mogli. Adam Zacharczuk wozi pielgrzymów do Druskiennik, Wilna, Kowna, Kłajpedy, Michnowa, do świętych wileńskich – Jana, Antoniego, Eustachego, na grób matuszki Siergiji Kartaszynej, podwiżnicy wieku XX. Odkrywa pielgrzymom z Polski świętość ziemi litewskiej.
Do ostatniego pielgrzymowania zaprosił też bratczyków Swiatogorców i batiuszkę z Augustowa i Suwałk jednocześnie, o. Marka Kozłowskiego. – Do Druskiennik mam tyle samo co do Krynek – stwierdza z niemałym zdumieniem. I wie, że to nie będzie ostatnia jego wizyta. Ludmiła z Suwałk, córka nieżyjącej już molitwiennicy z Sokółki, Wiery Leszczyńskiej, siostry o. Aleksandra Makala, nieraz jedzie na Liturgię do Druskiennik, bo w cerkwi w Suwałkach o. Marek może odprawiać co drugą niedzielę – sam obsługuje dwie wspólnoty.
I tak niwelujemy granice, stając się braćmi. A o. Włodzimierz Sinicyn? Jego życiorys ciągle przekraczał kordony. Jest jak dziecko dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Urodził się w 1950 roku we Lwowie. Ojciec był wojskowym i tam posłano go z rodziną na służbę. W Grodnie w międzywojniu w polskim seminarium uczyła się jego mama. Duchowo wyrastała, chodząc do cerkwi monasteru Narodzenia Bogarodzicy, kiedy jego matuszką była Eufrozyna, a grodzieńskim władyką Jermogien. Opowiadała potem synowi, że w Grodnie książęce cerkwie fundowano już w XII wieku, że jedna z nich, ta na wysokim brzegu Niemna, dotrwała do dziś, Borysoglebska. Za Chruszczowa, w 1961 roku, grodzieński monaster zamknięto. O. Włodzimierz, choć czasy nie sprzyjały, jeździł jako dziecko do Ławry Poczajowskiej. Widział tam świętego człowieka – Amfiłohija. Gołębie sadowiły się na jego rękach. Uczył się w Kijowie. Mieszkał w pobliżu Ławry Kijowsko-Pieczerskiej. Każdego ranka oglądał tę złotogłową obitiel.
Dobrze pamięta uroczyste przeniesienie w 1992 roku relikwii św. Gabriela Zabłudowskiego z Grodna do Białegostoku. Szedł z pielgrzymami. Chodził też z pielgrzymami z Białegostoku na Świętą Górę Grabarkę. Wtedy zaprzyjaźnił się z batiuszką Mikołajem Borowikiem i matuszką Haliną. Poznały się też ich dzieci. Przyjaźń całych rodzin trwa do dziś. W cerkwi w Druskiennikach tuli się do matuszki Haliny jak do rodzonej babci, gdzieś dziesięcioletnia wnuczka o. Włodzimierza. Czyż wiara nie czyni cudów? – myślę, patrząc na tę scenę. Św. Gabriel ich połączył i Święta Góra. Już ze 35 lat pozostają jak rodzina. Wiara tworzy kryształy przyjaźni.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Anna Radziukiewicz, fot. autorka








