Home > Grudzień 2021 > Wiktor Krukowski wraca

– Zostać dyrygentem chóru dojlidzkiej cerkwi? – Wiktor Krukowski (1920-2000) długo rozważał propozycję o. Aleksandra Tomkowida, proboszcza parafii św. Proroka Eliasza w Białymstoku. Był rok 1957, on miał 37 lat i dobrą pracę w białostockim urzędzie. W końcu się zgodził. Rozwiązanie miało być tymczasowe, a okazało się, że za pulpitem dyrygenckim w Dojlidach spędził 43 lata, pozostawiając po sobie dobrą pamięć, rzesze ukształtowanych chórzystów, a nawet dyrygentów, także kilkadziesiąt skomponowanych przez siebie utworów. Kilkanaście z nich usłyszeliśmy podczas „Wieczoru z twórczością Wiktora Krukowskiego”, zorganizowanego przez Dojlidzkie Stowarzyszenie Miłośników Muzyki i w wykonaniu jego członków, jednocześnie chórzystów parafii św. Eliasza, którymi dyrygowali Marta Wróblewska i Sławomir Jurczuk. W repertuarze znalazły się pieśni liturgiczne, z Otcze nasz, Wieliczyt dusza moja Gospoda, Da isprawitsa molitwa moja, Christos Woskresie, paraliturgiczne z Grabarką czy Preczystienskim chramem, a nawet kolęda Nynie Adamie.

Uczestników spotkania, którzy 19 października wypełnili salę Centrum Kultury Prawosławnej po brzegi, czekały dodatkowe atrakcje – usłyszeli śpiewaną przez Wiktora Krukowskiego i jego siostrę Ninę Wołosowicz pieśń Ridna mati moja oraz wspomnienia osób, które go dobrze znały. Tych w dojlidzkiej parafii jest wielu.

Wiktor Krukowski urodził się we wsi Tuga pod Baranowiczami, do ósmego roku życia wychowywał się w Kopciówce koło Grodna, w parafii swego taty o. Mikołaja Krukowskiego, a potem już w Rybołach. W wieku 10 lat, dzięki zajęciom z domowym nauczycielem, dobrze już czytał nuty, jego pierwszym instrumentem była bałałajka, po niej mandolina. Długo marzył o pianinie, te marzenia się ziściły, gdy w wieku 46 lat kupił używany instrument.

Podczas nauki w Seminarium Duchownym w Wilnie zaczął śpiewać w chórze, wcześniej komponować – początkowo nieskomplikowane melodyjki na mandolinę, później pieśni solowe do słów rosyjskich poetów, z czasem utwory religijne.

W 1939 roku, po ukończeniu seminarium, powrócił do Ryboł. Przez rok był nauczycielem w szkole w Zwierkach, od 1941 psalmistą w Rybołach. Po wojnie przeniósł się do Białegostoku, pracował w różnych instytucjach, najdłużej w urzędzie wojewódzkim, ożenił się i zamieszkał przy ulicy Wróblej. Do końca swych dni pozostawał blisko Cerkwi.

Odszedł w nocy z 12 na 13 lutego 2000 roku, w wieku 80 lat.

Siedem lat później jego utwory zostały zebrane i wydane pod tytułem „Śpiewnik dojlidzki”, a następnie nagrane na dwie płyty, „Śpiew duszy” cz. I (2020) i „Śpiew duszy” cz. II (2023). Drugą wydało Dojlidzkie Stowarzyszenie Muzyki Cerkiewnej.

Wiktora Krukowskiego wspominali:

Matuszka Halina Borowik: – Pana Wiktora Krukowskiego, dyrygenta chóru w dojlidzkiej parafii, poznałam w latach 80. Pozostał w mej pamięci jako człowiek poważny, dystyngowany, szlachetny, o wyszukanych manierach a jednocześnie radosnym sposobie bycia. Na nabożeństwa przyjeżdżał autobusem, ale nigdy w ostatniej chwili. Przed rozpoczęciem służby lubił pospacerować wokół cerkwi i grobów. Podobnie bez pośpiechu, z dostojeństwem, dyrygował chórem. Parafianie, którzy do cerkwi przychodzili pieszo albo przyjeżdżali piętnastką, bo prywatne auta były wtedy niezwykłą rzadkością, też się nie spieszyli. Po nabożeństwie długo stali na cerkiewnym pogoście i rozmawiali. Pan Wiktor pięknie się wysławiał, miał bogaty zasób słownictwa, z szacunkiem odnosił się do ludzi. W dzień Angieła po Liturgii zapraszał duchownych i chórzystów na poczęstunek, na który przynosił własnoręcznie przygotowane smakołyki. Były życzenia i śpiewy pod akompaniament akordeonu, a nawet tańce. Mimo podeszłego wieku trzymał formę, często wspominał nawet trudne chwile ze swego życia, ale zawsze starał się te wspomnienia zakończyć pocieszającym morałem, nierzadko śmiejąc się przy tym do rozpuku.

Z chwilą, gdy w dojlidzkiej parafii zamieszkały mniszki, pan Wiktor zaczął je uczyć śpiewu. Po zajęciach zaglądał na plebanię, na czajok s warenijem. – Ta nauka nie wychodzi zbyt dobrze ani dla nauczyciela, ani dla sióstr – pewnego dnia przyznał zrezygnowany. Ale wkrótce monaszki zaczęły pięknie śpiewać. – Wot widitie, kakoj ja znatok pienija – krytycznie odniósł się wówczas do swego niedowiarstwa.

Pan Wiktor pracował w urzędzie miasta. Mimo niełatwych czasów, udawało mu się łączyć swoje zawodowe zajęcie z posługą dyrygenta.

Był kochającym mężem. Żona nie zawsze rozumiała jego duchowe zaangażowanie. Gdy zachorowała, zapewnił jej pomoc medyczną i otoczył troskliwą opieką. W trudnych chwilach prosił nas o radę, a my dodawaliśmy mu otuchy. Była to dla nas wspaniała lekcja życia.

Pan Wiktor swoje życie przyrównywał do poezji – śpiew, gra na pianinie, iskry i ogień w piecu, mieszkanie w drewnianym domku, szum drzew, śpiew ptaków, czajok z warenijem. I choć domek nie miał wygód, wytrwał w nim do końca. Jestem wdzięczna Bogu, że na swojej drodze spotkaliśmy tego godnego podziwu człowieka. Carstwo Jemu Niebiesnoje.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Spotkanie prowadziła Alina Wawrzeniuk.

Ałła Matreńczyk, fot. autorka, archiwum parafii św. Proroka Eliasza w Dojlidach

Bialystok-subiektywnie-blog-o-podlasiu

You may also like
Orędzie Bożonarodzeniowe
Z ufnością w przyszłość
Zimowa Pascha w Zaleszanach
W rocznicę I Soboru Powszechnego

Odpowiedz