Od 2011 do 2018 i ponownie w 2022 roku (red.) najczęściej wykonywany kompozytor na świecie pisze muzykę, która prawie się nie porusza. Jego sekret to prawosławna wiara i umiejętność zamieniania ciszy w kazanie.
Żyjemy w epoce agresywnego hałasu. Dźwięk powiadomień, szum metropolii, nieskończone rytmy z głośników taksówek i centrów handlowych. Cisza stała się luksusem, a pauza – powodem do niepokoju. A jednak w tym hałaśliwym świecie najczęściej wykonywanym żyjącym kompozytorem został człowiek, którego muzyka prawie się nie porusza i brzmi jak ledwie słyszalny szept.
Nazywa się Arvo Pärt. Jest prawosławnym chrześcijaninem, który swoim dziełem udowodnił – współczesny człowiek, nawet daleki od Cerkwi, desperacko tęskni za Bogiem.
Paradoks ciszy
Jeśli spojrzycie na zdjęcia Arvo Pärta, trudno byłoby wam uznać go za gwiazdę światowego formatu. Wysokie czoło, gęsta siwa broda, smutne oczy. Bardziej przypomina atoskiego starca lub schimonacha niż stałego bywalca europejskich filharmonii.
Jego muzyka odpowiada jego wyglądowi. Nie ma w niej skomplikowanych pasaży, nie ma chęci zabawiania czy szokowania. Płynie powoli, jak czas podczas całonocnego czuwania. A mimo to sale Berlina, Londynu i Nowego Jorku, które zwykle przyciągają publiczność odważnymi eksperymentami, zamierają, gdy rozbrzmiewa muzyka Pärta.
Dlaczego? Bo świat świecki zmęczył się własnym hałasem. Pärt daje ludziom to co utracili – doświadczenie sacrum. Doświadczenie zatrzymania. Doświadczenie spotkania z Wiecznością, które w tradycji cerkiewnej nazywa się „trzeźwieniem”.
Osiem lat pustyni
Arvo Pärt nie zawsze taki był. W latach 60. w Estonii uchodził za głównego muzycznego buntownika i awangardzistę. Pisał złożoną, dysonansową muzykę, eksperymentował z kolażami, prowokował. Wydawało się, że jego kariera pnie się w górę. Ale nagle kompozytor zamilkł.
To milczenie trwało osiem długich lat – od 1968 do 1976 roku.
Biografowie nazywają to kryzysem twórczym, lecz w języku ascezy była to „pustynia”. Pärt zrozumiał, że w pogoni za złożonością formy zgubił Prawdę.
„Nie wiedziałem, czy kiedykolwiek będę jeszcze w stanie komponować” – wspominał później. „W tamtych latach studiowałem chorał gregoriański i dawną polifonię. Zrozumiałem: wystarczy, gdy pięknie zabrzmi jedna jedyna nuta. Ta nuta albo ciche uderzenie, albo chwila ciszy – pociesza mnie”.
Właśnie w tych latach „milczenia” wydarzyło się w jego życiu coś najważniejszego. Luteranin z urodzenia, Pärt przyjmuje prawosławie. Nie był to ukłon w stronę mody. Był to powrót do źródeł, poszukiwanie tego fundamentu, na którym można budować nie tylko muzykę, ale i życie. Zmiana wiary dała mu nowy język.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Polina Żukowa (za Spzh.eu), tłum. Ałła Matreńczyk








