Home > Artykuł > Najnowszy numer > Skansen ludu nadnarwiańskiego

Skansen ludu nadnarwiańskiego

Dziadkowie Wasil i Katia Grigorukowie, czasem sąsiedzi, siadali na podwórzu pod lipą na kolonii w Strzelcach Dawidowiczach. I opowiadali. Najwięcej o bieżeństwie. Grigorukowie dotarli pod Samarę. Cała wieś wyjechała. Z sąsiednich też uciekali. W Kaniukach, do których z Dawidowicz parę kilometrów, został tylko Naumiuk, dziadek słynnego ludowego rzeźbiarza Włodzimierza Naumiuka. Niemcy, gdy zganiali rosyjskich żołnierzy-niedobitków w czasie pierwszej wojny do nowo wybudowanej cerkwi w Puchłach, zobaczyli dym snujący się z komina jedynej z ocalałych chat. Wyciągnęli z niej starego Naumiuka i kozaków, których nakarmił. Został pobity i zamorzony w tej cerkwi razem z sołdatami.

Tych opowieści słuchała Irena, wnuczka i prawnuczka Grigoruków. Może tylko jedna we wsi była aż tak wsłuchana w te historie o krajach dalekich, o pradziadku Iwanie, co to zachorował na tyfus i prababka Leoniła pochowała go w obcej ziemi. Sama z dorosłymi już dziećmi dociągnęła się do Dawidowicz. Na pogorzelisko, bo tylko kominy po chatach sterczały. Pradziadek tylko co skończył pięćdziesiąt lat. Za co ręce założyła prababcia?

Irena, kiedy weszła już w dorosłość i miała dwadzieścia parę lat, wysłuchała wszystkich starszych mieszkańców Strzelców Dawidowicz, co to jeszcze o bieżeństwie opowiadali tak, jakby niedawno ono się wydarzyło. Z opowieści oraz zakopywania się w archiwach zrodziła się książka „Wieś Strzelce-Dawidowicze w tradycji historycznej” (1994). Była to pierwsza w Polsce książkowa opowieść o bieżeństwie.

Jako mała dziewczynka słuchała też o dworach w Ostrówkach, gdzie pradziadek był na usługach stolarza, i w Puchłach. W Puchłach drewniany dwór spłonął. Został drewniany spichlerz. Duży był. Kupili go Dykałowicze razem z 176 hektarami ziemi. Przerobili na dwór. To ci Dykałowicze, których pamięć chroni ich prawnuczka Marta Wróblewska, profesor muzyki, cerkiewna dyrygentka.

Słuchała jeszcze o szkołach cerkiewno-parafialnych. Te opowieści tak rozpalały wyobraźnię małej dziewczynki i rodziły marzenia o pisaniu. Napisała siedem książek i mieszka w drewnianym domu o architekturze stylizowanej na dwór. Dom patrzy swoimi oknami na przepiękną drewnianą z 1913 roku, błękitno-szarą cerkiew w Puchłach.

Drzwi domu otwiera pani profesor Irena Matus, która tytuł doktora habilitowanego zdobyła w zakresie nauk teologicznych. Jej praca „Schyłek unii i proces restytucji prawosławia w obwodzie białostockim w latach 30 XIX wieku” (2013), był jak otwarcie wszystkich okien i drzwi na temat wcześniej ledwie zarysowany. Dowiedzieliśmy się o stanie Cerkwi unickiej – spolonizowanej, zlatynizowanej, ubogiej i zmarginalizowanej i procesie odchodzenia od tej Cerkwi. Pracę przyjęli jako odkrywczą wszyscy recenzenci – prawosławni, katolicy i protestanci. Każde jej zdanie, teza były oparte na źródłach. Fundamentalna.

Ponad 30 lat temu przyszła do Puchłów na „hoły kamiań”. Kupiła z mężem Mikołajem kawałek ziemi, która zdawała się niczego nie rodzić. Za to jak położona! Zdawało się, że w zaciszu cywilizacji i niemal w zakolu Narwi, do której kilkaset metrów.

I cerkiew Pokrowy Matki Bożej! Cóż za mistrzostwo architektury i ciesielki i jeszcze święte miejsce.

Pani profesor wyrosła z tej ziemi. Ale jej nigdy nie pożegnała, jak niemal my wszyscy, którym miasta albo i inne kraje głęboko zakopały korzenie. Wrosła w nią. Wróciła, choć w zasadzie nigdy jej nie opuściła. Pisała o niej kolejne monografie: „W Puchłach, Stawku i Trześciance” (2000), „Lud nadnarwiański” (2000), „W Drohiczynie, Jałówce, Potoce i Różanymstoku” (2001), „Szkolnictwo cerkiewno-parafialne w powiecie bielskim w latach 1884-1914 na tle sytuacji oświatowej w diecezji grodzieńskiej. Z dziejów oświaty ludu białoruskiego na Podlasiu” (2006). „Lud nadnarwiański. Zwyczaje i obrzędy weselne” (2018). Teraz kończy kolejną: „Lud nadnarwiański. Rok obrzędowy i zwyczaje agrarne”.

Pracowała na Uniwersytecie w Białymstoku, ale wiedzę gromadziła także na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu – tam zrobiła studia podyplomowe z etnologii i obroniła doktorat z historii. Ale najobficiej czerpała wiedzę chyba stąd, ze swojej nadnarwiańskiej krainy, od tego ludu, z jej wsiami Dawidowicze, Puchły, Stawek, Soce, Trześcianka i wielu innych wsi.

Każdy profesor mógłby czuć się spełniony po napisaniu tylu monografii i artykułów. Ale nie Irena Matus. Ocalić! Wszystko co się da. Nie tylko pamięć, zapisaną drukiem, ale stary dom, karczmę, spichlerz, dawną szkołę – a wszystko z ich „duszą”, taką jaka w tych budowlach życie organizowała przez stulecia. Obronić ule, krzyże, ręczniki, obrusy, kapy, radła przed buldożerem naszych czasów, które kult linii prostych uprawiają i różnorodności nie cierpią, na całym globie proponując takie koszulki, spodnie, kubki, samochody.

Od młodości zbierała te, jak nazywają muzealnicy – eksponaty. Po Liturgii szła z mężem na targ staroci. Kobiety wynosiły ze swoich „bloków” rękodzieła – wyszywane ręczniki, mereszkowane obrusy, haftowane koszule, szydełkowe serwetki. „Blok” ich nie przyjmował. Sprzedawały. A Irena kupowała, opisywała, składała. Kiedy powstał skansen, zbieraniem eksponatów zajęli się przyjaciele, znajomi, nawet nieznajomi, szczególnie Weronika Nazaruk.

– Jak tego nie ratować? – pyta pani profesor historyk, etnograf i folklorystka jednocześnie.

Na działce obok swego domu w Puchłach założyła razem z mężem skansen. Niestety, mąż odszedł ponad trzy lata temu. W zasadzie pomysł ze skansenem był syna Dawida. Objeżdżał Podlasie i szukał starych drewnianych budynków. Bolał, że zaraz znikną z krajobrazu. Wnuk Jeremiasz też ma swoje marzenie – chce w skansenie urządzić chatkę rybaka.

W skansenie stoi dom. Jego zdjęcie zdobi okładkę folderu, pokazującego najlepiej zachowany zabytek drewnianego budownictwa w województwie podlaskim. Konkurs za rok 2025 rozstrzygnięto. Organizuje go muzeum rolnictwa w Ciechanowcu. Dom ze skansenu w Puchłach zajął pierwsze miejsce. Dziewięcioosobowa komisja w zasadzie nie miała trudnego wyboru. Ten zdecydowanie wyprzedzał wszystkie inne propozycje. Nie tylko został starannie rozebrany, złożony, zachowano w nim maksymalnie wszystkie elementy, to jeszcze i jego „duszę” ocalono.

Wchodzimy.

– Zbudował go w Kotłach, niedaleko Bielska Podlaskiego, Nikita Gorbacewicz w 1868 roku. Datę wyświęcenia domu – 29 października 1868 roku wraz z krzyżem i cyrylickimi literami, symbolizującymi zwycięstwo Chrystusa, wyrył na ścianie, tuż obok pokutia światoho kutka, czyli pokącia, w którym powiesił ikony – mówi moja przewodniczka. I dziś tu wiszą ikony, osłonięte pięknym ręcznikiem. Stoi stół. Na stole chleb. Ławy ze 150-letniego drewna wzdłuż ścian. Jak dawniej (zdjęcie na okładce).

Z Kotłów na bieżeństwo w 1915 nie wyjechało kilka rodzin, wśród nich Gorbacewicze. Dlatego dom ocalał. Żyli w nim ludzie do początku lat 90 minionego wieku. Potem nikogo nie cieszył. Aż w 2019 roku kupili go Matusowie. Uratowali. W dwudziestym trzecim skończyli jego urządzanie. Zbudowali piec z cegły i gliny, taki jaki stawiano w XIX wieku, wszystko zgodnie z opisem etnografów – duży, z zapiyeczkom, puodpieczkom, z szerokimi ławami wokół „wpuszczonymi” w piec, z miejscem do spania na górze, bez płyt z fajerkami, czyli tak zwanej angielki, bo to późniejsza wygoda.

– Co to? – pyta mnie pani Irena. – Reszato, ale dziwne – mówię. – Nie. To obiczajka. W niej piekli korowaje, paschę, piruoh, który nazywali biyeły chleb. – Ależ ona drewniana! – nie kryję zdumienia. – Palono w piecu i wygarniano żar – słyszę. – Gdy piec trochę ostygł, wkładano do niego suszone liście dębu. Gdy się samoistnie nie zapalały, wkładano obiczajkę z korowajem.

Pani Irena o każdej rzeczy może snuć opowieści – o drewnianym chwytaku do saganów, o koromysłach, o prasach do sera, o drewnianych łyżkach – ma ich wielki zbiór – nawet o suszonych szyszkach chmielu – też ma – które zastępowały drożdże!

W izbie ze światym kutkom i piecem jest i szeroka prycza, zaścielona lnianym prześcieradłem ozdobionym czarno-czerwonym haftem krzyżykowym i szydełkowej roboty koronką, przykryta płachtą, obok wiklinowa kołyska, podczepiona do belki, w niej lniana pościel – bo tu każdy detal oryginalny.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Konto:

Stowarzyszenie Dawne Podlasie 22 1020 1332 0000 1302 1406 9308

Anna Radziukiewicz, fot autorka, Artur Gaweł

You may also like
80 lat po tragedii
Święto młodzieży
Złoty wiek kultury prawosławnej
O ojcu Jerzym Klingerze

Odpowiedz