Powiedziałem, że były, że tak powiem, trzy chrzty. Pierwszy był chrzest Jana Chrzciciela, chrzczący ludzi, którzy wyznawali swoje grzechy i zanurzali się w wodach Jordanu, symbolicznie obmywając swą nieczystość. Drugi był chrzest samego Zbawiciela Chrystusa, który przyszedł do Jana, a Jan, widząc Go jako bezgrzesznego, doskonałego człowieka, zaprotestował: „To nie Ty musisz być ochrzczony przeze mnie, ale ja mam być ochrzczony przez Ciebie”.
A jednak Chrystus został przez niego ochrzczony.
Co to oznaczało? Oznaczało to dwie rzeczy. Moment, w którym Chrystus przyszedł nad Jordan, był momentem, w którym nie jako Bóg, ale w swoim człowieczeństwie, w pełni dojrzał do tego stopnia, że cieleśnie wypełnił wszystko, czego pragnęła w Nim Jego boska natura i miłość. I On zanurza się w tych wodach, a te wody, jakby przez Jego zanurzenie – zanurzenie w Jego świętości, Jego ludzkiej i boskiej naturze – zostają oczyszczone z wszelkiej nieczystości, która została zmyta z grzeszników. Lecz ta nieczystość, że tak powiem, przylega do Niego i odtąd będzie nosił ludzką śmiertelność w swoim człowieczeństwie i umrze naszą śmiercią na krzyżu. Chociaż nie jest uczestnikiem naszej grzeszności, jest uczestnikiem naszej śmiertelności i z miłości oddał się na śmierć, aby zbawić ludzi.
I tak te oczyszczone wody Jordanu staną się, że tak powiem w przenośni, wodami chrztu dla każdego człowieka. Albowiem przez łaskę Ducha Świętego, który zstąpi na te wody, ta zwykła woda, którą napełniamy chrzcielnicę, zostanie uświęcona i stanie się tym, czym stały się wody Jordanu, gdy Chrystus zanurzył się w nich, oczyścił je z wszelkiej nieczystości i dał im moc udzielania czystości i świętości.
Metropolita Antoni Suroski
Rozmowa o wierze i chrzcie, cz. 5, 3 listopada 1994








