Metropolita umiera na oddziale dla biednych. Dyrektor szpitala nie wierzy, że ten starzec w brudnej riasie to biskup. Co zostaje z człowieka, gdy choroba zdziera wszystkie maski?
Zapach karbolu. Metalowe nocniki w kącie. Skrzypienie sprężyn na sąsiednim łóżku. Listopad 1920 roku, szpital Areteion w Atenach. Sala dla nieuleczalnie chorych biedaków.
Pełnię dyżur na sali. Wokół wielu sparaliżowanych. Lekarze niczego nie obiecują. Mówią: „Trzeba się przyzwyczaić”. Do czego się przyzwyczaić? Do tego, że jesteś warzywem? Do tego, że nawet do toalety nie dojdziesz sam?
Wczoraj wieczorem przywieźli nowego pacjenta. Niewielkiego staruszka w szorstkiej, wełnianej riasie. Mniszka Eutymia długo coś tłumaczyła dyrektorowi na korytarzu. Słyszałem urywki rozmowy: – Nie ma pieniędzy. – Jest mnichem? – Jest biskupem.
Dyrektor się roześmiał. Nie uwierzył. Biskupi tak nie wyglądają.
Położyli go na łóżku naprzeciwko. Łóżko numer dwa.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Nikita Rakitianski, spzh, 3 luty, tłum. Ałła Matreńczyk








