Home > Marzec 2026 > Na granicy Grecji i Albanii

W kawiarni greckiej Igumenicy (gr. Igumenitsa), skąd wypływają promy na niedalekie Korfu, piję kawę. Czytam książkę Jeana-Claude Larcheta „Kościół – Ciało Chrystusa”. Na okładce apostołowie Piotr i Paweł. Do greckiego duchownego, który siedzi przy stoliku obok, podchodzi, jak potem się dowiem, właściciel kawiarni, Angelos. Kończą rozmowę. Żegnają się. Wstaję i mówię „Christós Anésti”, bo czas był paschalny. Wiatr zamyka książkę. „O, saints Peter and Paul!” – mówi ze zdumieniem Angelos. Rozmawiamy. Duchowny jest misjonarzem w Afryce. Do Grecji przyjechał na krótko. Angelos na chwilę znika w kawiarni. Wraca. W ręku dwie buteleczki. – To święty olej z Grobu Pańskiego w Jerozolimie – mówi i odlewa jego część do drugiej buteleczki. Wręcza mi. Daje jeszcze wydane po rosyjsku pouczenia świętych starców Góry Atos.

Chrystus czyni z nas braci! Daje spotkania w radości.

Mija tydzień. Niedziela. Szukamy monasterskiej cerkwi. Wracamy tą samą trasą, przez Igumenicę. 25 kilometrów od tego miasta znajdujemy monaster. Jego internetowa strona „nie odpowiada”, o której niedzielna służba. Jedziemy krętą, wąską drogą wysoko w góry. Na dziewiątą. Wchodzimy na monasterską górę, a wszystko wskazuje na to, że już po Liturgii. Ludzie piją kawę pod pergolą, dzieci biegają. Kogo widzimy? Angelosa! Idzie z radością w naszą stronę. Staje się naszym przewodnikiem. Prowadzi do mnicha, który biegle mówi po angielsku. Nazywa się Metodios.

Siadamy na kamiennym murze. Za plecami góry przedzielone głębokim jarem. Przed nami główna cerkiew – kamienna, tu wszystko kamienne. Właśnie w tej cerkwi skończyła się Liturgia. Rozpoczęła się o szóstej.

– Nie dajemy naszym wiernym długo spać – śmieje się mnich. – Muszą wstać między czwartą a piątą, by do nas dojechać. – Przychodzą ci, którzy lubią tradycję i ciszę. Liturgię służymy codziennie. Wtedy nie mamy wielu ludzi. W niedzielę przybywa sporo. Idą do spowiedzi, pryczaszczenija, proszą o błogosławieństwo. Po Liturgii chcą z nami rozmawiać. Mają problemy. Jak tylko możemy, pomagamy im modlitwą i radą. Zgromadziliśmy w cerkwi sporo relikwii, najbardziej znane to ręka św. Fotimy Samarytanki, cząsteczki relikwii św. Pantelejmona, Aksentisa i młodszych świętych.

Zanurzamy się w historię. – Tam – odwraca się mnich – w tym jarze znajdowała się jaskinia. W niej żył św. Nil. Razem z nim niosło podwig kilku posłuszników. Nil, gdy przybył tutaj, po swoim świętym życiu w Konstantynopolu, Jerozolimie i na Synaju, miał około osiemdziesięciu lat. Był kuzynem imperatora Cesarstwa Wschodniorzymskiego. I oto pewnej nocy zobaczył światło schodzące z nieba. Na miejsce światłości przyszedł z posłusznikami. Zobaczył Ikonę Matki Bożej, która dziś znajduje się w cerkwi po lewej stronie ikonostasu.

Tradycja mówi, że przed przybyciem na początku XIV wieku św. Nila był na tej górze monaster. Ale przyszli barbarzyńcy, monaster zburzyli, mnichów pozabijali. Mnisi, wiedząc o nadciągającej hordzie, zdążyli ukryć Ikonę Matki Bożej. Po latach światło z nieba wskazało, gdzie ona jest. Św. Nil odbudował monaster. W jego cerkwi umieścił Ikonę. Żył 106 lat. Był wielkim podwiżnikiem. Przy nim działo się wiele cudów.

– Macie jego relikwie? – pytam.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz, fot. autorka

You may also like
80 lat po tragedii
Święto młodzieży
Złoty wiek kultury prawosławnej
O ojcu Jerzym Klingerze

Odpowiedz