Przygotowywała się do ślubu córki. To radosne wydarzenie zaprowadziło ją na podwórko za domem, by zrobić tam porządek. I nagle przy ścianie, gdzie nie ma ani skrawka czarnej ziemi, gdzie jest tylko szczelina w betonie, zauważyła niezwykłej urody krzew. Przyglądając się krzewowi, nagle głośno się roześmiała. Tak! Życie nie pyta o pozwolenie i znajduje oparcie tam, gdzie go nie widzimy.
Wydarzenia z życia Marzeny Pytel, jej poszukiwanie siebie i swojego powołania otworzyły jej drogę do Wszechmogącego Boga, który objawia swoją moc tam, gdzie – jak się wydaje – nie ma już nadziei.
Dobra dziewczynka
Marzena zawsze była dobrą dziewczynką. Dorastała w dobrze funkcjonującej rodzinie. Od dzieciństwa jej życie było spokojne, bez lęków i trosk. Takie powinno mieć każde dziecko – bezpieczne i chronione.
Pod koniec szkoły mama podpowiedziała jej, na jakie studia powinna pójść. Marzena przywykła wierzyć, że mama wie lepiej. Potem były studia i praca w firmie mamy.
– To była praca marzeń – przyznaje. – Nie wymagała większego wysiłku. Mama mówiła, co mam robić. Miałam przywileje – mogłam w ciągu dnia pójść na zakupy. Traktowałam to jako coś oczywistego. Wszystko umacniało mnie w przekonaniu, że świat jest bezpieczny.
Wkrótce dziewczyna zakochała się i wyszła za mąż. Urodziła im się córka i wszystko było dobrze.
– Kiedy zachorował mój mąż, myślałam, że to na krótko – opowiada. – Współczesna medycyna czyni cuda. Ale gdy kolejny raz nie potrafiono pomóc mężowi, mój bezpieczny świat zaczął się chwiać. Leki stawały się coraz silniejsze, lekarze, badania, analizy… Najstraszniejsze było usłyszeć: „Przykro nam, nie możemy już nic więcej zrobić”. Moje serce było złamane, ale nie potrafiłam uwierzyć, że mój mąż umrze.
Wtedy Marzena po raz pierwszy spojrzała na świat inaczej. W jej sercu pojawiło się nieznane do tej pory uczucie i refleksje.
Po kilku zaskakujących, umacniających w wierze okolicznościach mąż trafił do specjalisty w Warszawie i szybko zaczął wracać do zdrowia. Wydawało się, że wszystko się układa. Ale uczucia nie znikały.
– Nie analizowałam ich – przyznaje Marzena. – Nie miałam takiej umiejętności. Ale zaczęłam patrzeć na świat szerzej.
Zaczęła inaczej postrzegać męża – jego szczerą troskę o obcych ludzi, tych, którzy przyjeżdżali pod ich dom po pomoc: po jedzenie, ubrania, wsparcie finansowe.
– Bardzo mnie to wzruszało. Pamiętam, jak całym sercem zwracałam się do Boga: „Czy naprawdę do niczego się nie nadaję?”
Natallia Talivinskaya, fot. archiwum Marzeny Pytel








