Młoda kobieta klęczy na kamiennej ścieżce, prowadzącej do wielkiej świętości Czarnogóry – cerkwi Wprowadzenia do Świątyni Bogarodzicy, wykutej w skale, chroniącej relikwie św. Bazylego (Wasilija) Ostrogskiego. Całuje posadzkę. Nie, to nie posadzka. To krzyż, w okrągłej kapsule za szkłem. Na ścieżce? – W tym miejscu odszedł do Pana św. Bazyli Ostrogski – spieszy z wyjaśnieniem mnich. A obok sznur ludzi. Dziś, jest koniec kwietnia, widać jego koniec, ale bywa, że gubi się za skalistymi zakrętami, tak jest 12 maja. Wtedy i końca nie zobaczysz, i nadziei często nie masz, że pokłonisz się relikwiom świętego. Bo jak, kiedy kilkanaście tysięcy ludzi przyjdzie do monasteru. A jadą i idą z Podgoricy, Nikšicia, Cetynii, Belgradu, Nowego Sadu, zewsząd i spoza ziemi serbskiej przybywają. Jola Dojć, rodem z Białegostoku, matuszka Serba Kosty, wyrusza z Podgoricy z pielgrzymami 11 maja o siedemnastej, a o szóstej-siódmej 12 maja jest w Ostrogu. Jej serce się wzrusza, kiedy widzi, jak część pielgrzymów przemierza ostatni odcinek na kolanach – z dolnego do górnego monasteru. Asfalt, kamień i serpentyny na długości ze trzystu metrów nie mają litości dla ich kolan. Ale każdy wie, że nie takie cierpienia, nie taką ascezę znosił święty Ostrogski, by uprosić łaski u Boga dla swego ludu, cierpiącego w niewoli tureckiej i kuszonego przez jezuitów do unii z papiestwem.
Góra, ze swoim górnym monasterem uczepionym skały na wysokości 900 metrów, nie daje pielgrzymom tego, co nasza święta góra – Grabarka. Ileż u nas miejsca, płaskości, ciągnącej się aż po sąsiednie wsie! A tu? Dwie półki wykute w skale, jedna nad drugą. W święta możesz tylko pieszo do nich dojść. Dziś górna „półka” wyścielona jest kocami i śpiworami (zobacz na okładce). Kamienie już ciepłe. Mnóstwo na nich ludzi, jak latem na plaży w turystycznym Kotorze. Wyglądają jak uciekinierzy, co zatrzymali się na dzień-noc, którym nie spieszno iść dalej, bo nie wiedzą dokąd.
Oni naprawdę uciekają – od swoich raków, chromości, swarów w rodzinie, oczu, co nie mogą już liter zobaczyć, od myśli zżerającej, czy chociaż nie będę, jak niepłodna łoza, od narkotyku, który wziął w niewolę. Uciekają i proszą o pomoc świętego, o pokazanie im drogi – nieraz przez cały tydzień. Wtedy podejmują post, który nazywają „tydzień świętego Ojca Wasilija”.
– Tam tysiące złożonych koców! Czekają na kolejnych pielgrzymów – wykrzykuje ze zdumieniem wracający z górnego monasteru Alik Wasyluk, bo z nim wędruję. A jest z nami siemiatycki władyka Warsofiusz, jego diakon Andrzej Gorełow, Jarek Charkiewicz i Gienek Czykwin. Archimandryta monasteru zaprasza na prekuskę. Mnich, mijając krzyż w skalnej ścieżce, objaśnia. – W tym miejscu kobiety modlą się o zajście w ciążę. Święty pomaga. W trzy miesiące po śmierci św. Bazylego ze skały, z miejsca gdzie się upokoił, gdzie nie ma żadnej gleby ani wody, wybiła winogronowa łoza – na wysokości 900 metrów, a wiemy, że rosną one tylko do wysokości 600 metrów. Ten cud trwa do dziś. Nie podlewamy jej.
Widzę, jak wypuszcza właśnie świeże listki.
– Sami widzicie, jeszcze nie ma sezonu, a ludzi dużo. Tak będzie do października. Latem mamy codziennie ogromne ilości pielgrzymów. Naszych szesnastu mnichów nie jest w stanie ich obsłużyć. Dlatego w sezonie zatrudniamy około stu pracowników, pomagają też prowadzić nasze duże gospodarstwo – mówi ihumen.
– Ci ludzie płyną pod górę, pod prąd, jak rzeka Jordan – refleksyjnie kończy.
– Kiedyś przyszedł do mnie katolik – wtrąca nasz władyka – i mówi: „A wy prawosławni to zawsze pod prąd, zamiast z duchem czasu”. Bo z prądem płyną tylko martwe ryby – odpowiedziałem.
Pod prąd całe życie płynął św. Wasilij Ostrogski. Urodził się w 1610 roku na ziemi, która teraz wchodzi w skład Czarnogóry. Dano mu na imię Stojan. I od razu było mu pod prąd. Jego pobożnych rodziców nienawidzili sąsiedzi poturczeńcy – tak nazywają na Bałkanach chrześcijan, którzy przyjęli islam. Nienawiść przenieśli i na ich bogobojnego syna. Rodzice posłali syna na naukę do znanego monasteru Zawała. Jego ihumenem był wuj przyszłego świętego, Serafim. Stamtąd poszedł do monasteru Twrdosz – zapamiętałam ten monster ze staruszką ihumenią, chodzącą o lasce, cmentarzem, na którym płyty z białego marmuru przypominały kartki rozłożone na soczystej łące, w dole rzekę na kwitnącej łące i w piwnicach ogromne dębowe beczki z dojrzewającym winem. Myślę, że czterysta lat temu było podobnie, tyle że był wtedy monaster męski, a Twrdosz był centrum eparchii – trebińskiej. Do Trebinje stąd blisko. To w monasterze Twrdosz przywdział mnisze szaty i przyjął imię Bazyli, by naśladować Bazylego Wielkiego.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Anna Radziukiewicz, fot. autorka








