25 lat temu, na 50-lecie Prawosławnego Seminarium Duchownego, opublikowaliśmy tekst Ałły Matreńczyk. Przypominamy go z niewielkimi skrótami. Pokazuje, w jak odmiennych, trudnych warunkach dojrzewali młodzi ludzie do kapłaństwa.
Był rok 1951. 20-letni Kola Bliźniuk z tekturową walizką w ręku przechadzał się po peronie. – Licej bogosłowskij otkrywajut w Warszawie, idzi – nie wiadomo dlaczego powracała ciągle rozmowa z papą, choć od tamtej pory minęło kilka miesięcy. Pewnie dlatego, że nadszedł właśnie dzień odjazdu. W końcu peronu dostrzegł dwóch chłopaków, tak na oko młodszych od siebie. Niższym i szczuplejszym był Andriej Fitlimoniuk, wyższym Anatol Konach, obaj z Czyż. Jechali tak jak on, na batiuszkę się uczyć. Jakoś raźniej się zrobiło od razu. (…)
Po przyjeździe przyglądali się Warszawie uważnie. Byli w niej po raz pierwszy. (…)
Paryską 27 – zobaczyli nazajutrz. Powitał ich o. Aleksander Kalinowicz, absolwent Studium Teologii, cichy i spokojny. Mieszkał na parterze razem z matuszką, ta pracowała w aptece, dzieci nie mieli, zajmowali dwa pokoje. Był rektorem Liceum Teologicznego, o które tak długo zabiegał i walczył arcybiskup Tymoteusz.
Na parterze mieszkała także kucharka, Szura Szelest i Serafin Kiryłowicz, pracownik Ministerstwa do spraw Wyznań. (…)
W sypialni zebrała się już chyba cała pierwsza klasa, czternaście osób. – No chłopcy, budiem oddychat’. Zajęli wolne sienniki, leżały bezpośrednio na podłodze, tuż obok postawili walizki…
Wkrótce zabrzmiał pierwszy dzwonek – ręczny, elektrycznego jeszcze nie było. Kuchenne stoły, przy których usiedli po dwóch, zastąpiły ławki…
– Mieliśmy Swiaszczennoje Pisanije, podręcznik do teologii dogmatycznej i moralnej jeszcze ze starych zapasów – wspomina o. Mikołaj Bliźniuk. (…) Nieliczne podręczniki wypożyczali z biblioteki, tak szumnie nazywały się jeden czy dwa regały w seminarium. Na pozostałych lekcjach stale notowali i uczyli się z notatek.
– Pisałem przez dwie kalki – wspomina o. Mikołaj. – Dlaczego? Dla o. Nesterowicza i Niewdacha, sekretarza osobistego władyki łódzkiego Gieorgija. Wysyłałem im pocztą, bo obaj uczyli się zaocznie. Przyjeżdżali raz w miesiącu, już w niedzielę po południu, zostawali do soboty.
Czekali na nich jak na najbliższą rodzinę, bo to i w szkole mieli trochę luzu – odpytywano głównie zaocznych i zawsze jakieś wiadomości przywozili. A spali obok, na sąsiednich siennikach. Tylko o. Nesterowicza zabierał Stiepan Szychiewicz, który mieszkał w metropolii. – Obaj pochodzili z Chełmszczyzny, byli bardzo ze sobą zżyci – wspomina o. Mikołaj Bliźniuk. (…)
– Wiecie chłopcy, będziemy mieć nowego metropolitę – Stiepan Szychiewicz, zawsze miał informacje z pierwszej ręki. – Szykuje się reorganizacja. Metropolita Makary, sam rdzenny Chołmszczak, przybył do Polski gdzieś latem. Intronizacja nowego zwierzchnika odbyła się 8 lipca. Uczniowie Liceum zjawili się na niej jak jeden mąż.
Po intronizacji bankiet w Bristolu. Jak to zwykle przy takiej okazji zabierali głos różni duchowni. – Kto eto? Mnie nrawitsa, zapiszytie jego familiju – polecił metropolita po wysłuchaniu toastu o. Mikołaja Niesłuchowskiego. – I etot oczeń tołkowyj, zapiszytie, to o o. Serafinie Żeleźniakowiczu. – Ja jego woźmu w Warszawu.
– Sądziłem, że to tylko kurtuazyjne słowa – wspomina o. Serafin Żeleźniakowicz – ale metropolita powtórzył je na Grabarce i do Hajnówki przyjechał, by osobiście parafianom powiedzieć.
– Batiuszki nie puścimy – ci w krzyk. Pamiętali, ile zrobił o. Serafin w Hajnówce. Kiedy przyjechał w 1942 roku, nie było tam ni koła, ni dwora. I cerkiew szybko postawił, i parafię od podstaw zorganizował, bo w niedzielę ludzie a to do adwentystów, a to do baptystów biegali (…)
Batiuszka Serafin z matuszką Ludmiłą i trojgiem małych dzieci spakowali się, przeżegnali i wyruszyli do Warszawy.
Dwa pokoje dostali w budynku metropolii z kuchnią po drugiej stronie chłodnego, nieogrzewanego korytarza. A o. Serafin nową służbę. Miał objąć stanowisko rektora seminarium (dotychczasowy, chorowity o. Aleksander Kalinowicz, niebawem zmarł). Był sierpień 1951 roku.
– Władyko, dajcie nam batiuszkę – raz po raz przyjeżdżały delegacje do metropolii, a to z Ziem Odzyskanych, a to z opustoszałej Lubelszczyzny czy Rzeszowszczyzny. A duchownych nie było.
We wrześniu liceum zmieniło nazwę na seminarium, pierwszy rok, po trzech miesiącach nauki, przeszedł już do drugiej klasy, próg Paryskiej przekroczyło kolejnych szesnastu uczniów. Pojawiły się pierwsze znamiona luksusu – drewniane piętrowe prycze.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Ałła Matreńczyk, fot. z albumu Prawosławne Seminarium Duchowne w Warszawie








