Europa Zachodnia nie przeżywa dziś kryzysu wartości w sensie dramatycznym ani rewolucyjnym. Jej problem nie objawia się w formie buntu ani jawnego rozpadu norm. Ma charakter cichy, niemal niezauważalny, a przez to szczególnie trudny do opisania. Jest nim stopniowe wyczerpywanie się języka, którym Europa mówi o człowieku. Instytucje trwają, procedury działają, prawo funkcjonuje sprawnie, lecz coraz rzadziej towarzyszy temu przekonanie, że te struktury odnoszą się do czegoś głębszego niż sama regulacja życia społecznego.
Pojęcia takie jak wolność, godność czy solidarność nie zniknęły z obiegu. Przeciwnie, są obecne wszędzie i właśnie dlatego tracą ciężar. Powtarzane bez sprzeciwu i bez ryzyka, przestają prowokować pytania. Nie wywołują napięcia intelektualnego. Nie domagają się interpretacji. Coraz rzadziej dotykają realnego doświadczenia życia, cierpienia i odpowiedzialności.
Nie jest to efekt nagłego odrzucenia religii ani prostego kryzysu moralnego. To raczej konsekwencja długiego procesu, w którym Zachód nauczył się mówić o człowieku niemal wyłącznie językiem praw, interesów i procedur, stopniowo rezygnując z języka sensu, granicy i tragiczności. Europa nie stała się niemoralna. Stała się ostrożna wobec znaczenia, aż do momentu, w którym znaczenie zaczęło się wycofywać.
W tym właśnie miejscu pojawia się prawosławie. Nie jako propozycja religijna ani alternatywny system norm, lecz jako inny sposób myślenia o człowieku. Sposób, którego Zachód niemal całkowicie się oduczył, ponieważ uznał go za zbyt ciężki, zbyt powolny i zbyt mało użyteczny.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Piotr Biegasiewicz







