Home > Artykuł > Najnowszy numer > Deska z gwoździami – wywiad z Jolantą Doijć, matuszką, psycholożką i psychoterapeutką

Deska z gwoździami – wywiad z Jolantą Doijć, matuszką, psycholożką i psychoterapeutką

Anna Radziukiewicz: – Trudno być emigrantem?

Jolanta Doijć: – Trudno. W Toronto często pracowałam jako psychoterapeutka z rodzinami emigrantów, których dzieci były hospitalizowane z powodu depresji, popadały w psychozy albo uzależnienia. Ci rodzice wyjeżdżali z rodzinnego kraju przeważnie z powodu wojen albo w poszukiwaniu lepszych zarobków. Ich dzieci były zazwyczaj w czasie migracji w szkole podstawowej albo w okresie dorastania, czyli w trudnym wieku. Rodzice bez tzw. języka, dzieci bez grupy rówieśniczej i przyjaciół. Rodzice, jeśli i mieli w rodzinnym kraju tytuły i dyplomy, musieli je w nowym nostryfikować, co oznaczało dla nich wielki wysiłek. Ich status społeczny, przynajmniej na początku, bardzo spadał. Albo i pozostawał ciągle niski. Dzieci czuły się osamotnione. Tęskniły za ojczyzną. W nowym kraju, gdy nawet wchodziły w grupę rówieśniczą, to była dla nich obca kulturowo.

Kryzys tożsamościowy?

– Tak. Przeżywały klasyczny kryzys tożsamościowy. Takie dzieci nie wiedzą kim są, czy na przykład Kanadyjczykiem, czy Libańczykiem. A bywa, że i rodzice pochodzą z dwóch różnych krajów i osiedlają się w kraju obcym dla obojga.

To tak jak u was. Mama z Polski, tata z Serbii i osiedlacie się w Toronto.

– Tam, gdzie mieszkał brat mojego męża Kosty i gdzie wcześniej wyemigrowali rodzice mojego męża, lekarze. Nam było łatwiej.

A jednak wracacie do Europy.

– Z Kostą postanowiliśmy, że gdy nasze pierwsze dziecko, czyli Dymitr, pójdzie do pierwszej klasy szkoły podstawowej, wracamy do kraju jednego z rodziców. Zbyt wiele dramatów obserwowałam, żeby narażać swoje dzieci na kryzysy tożsamościowe, na Zachodzie pogłębione w dodatku przez ideologię LGBT, kiedy młodzi w okresie dorastania nie zawsze wiedzą kim są – chłopcem, dziewczynką?

Wybraliście ojczyznę Kosty. Ale ojczyzna to nie wszystko. Żyjemy we wspólnotach. A te budujemy latami i dziesięcioleciami.

– Nam było prościej. Nasza wspólnota stworzyła się w cerkwi w Nikšiciu. Od dwóch lat w Podgoricy i też w cerkwi.

To jak jest z tożsamością waszych dzieci?

– Podoba mi się to, że mój mąż bardzo dobrze zna historię Serbii, mocno związaną z historią Cerkwi i dzieli się tą wiedzą z dziećmi. Ale żebym nie czuła się wyobcowana w jego kraju, postanowił, że w domu rozmawiamy po polsku. Dzieci kochają oba kraje. Ale nasze najważniejsze zakorzenienie jest w Cerkwi. Ona najbardziej buduje tożsamość naszą i trójki naszych dzieci.

Dużo Polaków na stale mieszka w Czarnogórze?

– Są to głównie Polki, które wyszły za mąż za Serbów, choć wielkość wspólnoty trudno mi ocenić. Ambasada polska w Czarnogórze dba o nas – zaprasza na Święto Niepodległości, na Dzień Kobiet, Boże Narodzenie, Paschę, Dzień Dziecka. Czarnogórę odwiedził kilka lat temu prezydent Andrzej Duda. „Kto poda kwiaty i powita prezydenta?” – stanął problem. Wybór padł na naszą córkę Sarę, bo okazało się że najlepiej znała polski. „Skąd tak dobrze znasz polski?” – zapytał prezydent. „Matka – tak dosłownie powiedziała – mnie nauczyła” – rzekła córka prawosławnej matki.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)


fot. Anna Radziukiewicz

Odpowiedz