Chaos rzadko pojawia się nagle. Nie wchodzi z hukiem ani z ostrzeżeniem. Raczej przesuwa się niemal niezauważalnie, tak że świat wciąż brzmi znajomo, lecz już nie do końca czysto. Poranek przychodzi jak zwykle, ale traci swoją oczywistość. Przyszłość nie znika, tylko skraca dystans, staje się bliska, ograniczona do kilku godzin naprzód. Zanim zmienią się mapy i języki, pęka coś mniej uchwytnego – zaufanie do kształtu świata, przekonanie, że rzeczy trzymają się razem z własnej woli.
Chaos nie potrzebuje katastrofy. Wystarczy mu drobna nieciągłość. Niewielka różnica między tym co było, a tym co jest. Słowa pozostają te same, lecz ważą mniej. Gesty powtarzają się z przyzwyczajenia, jakby pamięć ciała wyprzedzała sens. Życie toczy się dalej, ale coraz częściej w trybie korekty, ciągłego dopasowywania się do warunków, które nie zdążyły jeszcze przybrać wyraźnych konturów.
Zwyczajni ludzie wyczuwają ten stan wcześniej niż systemy i instytucje. Matka odprowadzająca dziecko do szkoły nagle zauważa własne kroki, jakby każdy z nich domagał się potwierdzenia. Starszy mężczyzna stojący w kolejce po chleb nosi dokumenty w kieszeni nie z potrzeby, lecz z instynktu, jakby papier potrafił przywrócić porządek rzeczy. Kobieta gasi światło chwilę wcześniej nie z lęku, lecz z cichej gotowości na brak, który jeszcze się nie wydarzył.
Chaos działa powoli. Nie odbiera zdolności myślenia, ale osłabia wiarę w jego trwałość. Decyzje zaczynają wyglądać na prowizoryczne, opinie na łatwe do cofnięcia. Człowiek coraz rzadziej pyta, dokąd zmierza, a coraz częściej, jak długo da się jeszcze iść bez punktu odniesienia. Świat nie staje się wrogi, staje się nieczytelny jak tekst, w którym znane litery układają się w zdania pozbawione jasnego sensu.
W takich chwilach pytanie o sens nie przychodzi w formie deklaracji ani teorii. Raczej unosi się w codzienności. Brzmi cicho, niemal nieśmiało, jak szept, który nie chce zakłócać kruchej równowagi dnia. Pojawia się przy kuchennym stole, między jednym obowiązkiem a drugim, w krótkiej pauzie, która nie ma jeszcze nazwy. Czy to wszystko nadal się składa. Czy istnieje punkt, wobec którego rozproszony świat można by znów ustawić.
Chaos nie niszczy od razu. Najpierw sprawia, że człowiek przestaje być pewien, czy to, co widzi, rzeczywiście coś znaczy. I właśnie w tej subtelnej niepewności rodzi się pytanie najważniejsze. Nie o działanie, lecz o orientację. O to, gdzie stanąć, gdy wszystko wokół pozostaje w ruchu, a jednak domaga się ciszy, z której sens mógłby znów powoli się wyłonić.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Piotr Biegasiewicz, fot. Anna Radziukiewicz




