Home > Artykuł > Najnowszy numer > Święty Piperski – Czarnogóra

Święty Piperski – Czarnogóra

Jedziemy 17 kilometrów od stolicy Czarnogóry, Podgoricy. Droga kręta, w górach. Pięknie, jak w całej Czarnogórze. Czarne drewniane wrota, z „wyrysowanymi” na nich dużymi czerwonymi krzyżami, domykają kamienny mur – skrzydło monasteru. Otwiera mniszka. Jej twarz jaśnieje. To siostra Emiliana. – Ihumenia Jelena wyjechała – mówi, niby przepraszając, niby żałując, że rozminęliśmy się z nią, bo to taki duchowy autorytet. Prowadzi nas do św. Stefana Cudotwórcy Piperskiego. Ach, chyba tak powiedziała – nie do moszczi, nie do raki, tylko do Stefana, tak jakby prowadziła najpierw do gospodarza domu. Potem to zrozumiem. Mniszki modlą się do niego i oczekują na jego rady i pomoc, tak jakby był wśród żywych.

Cuda

To było niedawno. Pod koniec dwudziestego wieku. Młodego batiuszkę, tylko co wyświęconego, posłano do monasteru Ćelija Piperska, tam gdzie się znajdują relikwie św. Stefana, by odsłużył czterdzieści Liturgii. Nieustannie walczył z dręczącą go myślą, że Boga nie ma, że wszystko w co wierzy i czemu poświęcił swoje życie, jest niczym więcej niż kłamstwem. Cierpiał z tego powodu. „Zjadało” to go. Nie przyznał się do tego przed kimkolwiek. Wstydził się. Walczył z tą myślą jak mógł i regularnie służył. Św. Stefan widział jego zgryzotę. Pewnego ranka duchowny wszedł do cerkwi. I stał się świadkiem cudu nad cudami – święty Stefan otworzył wieko relikwiarza, wstał, przeszedł się po cerkwi, wszedł do ołtarza i na koniec spoczął w relikwiarzu. To wyzwoliło duchownego z wszelkich wątpliwości i pokazało, że obraną drogą ma iść do końca, do służby Bogu.

Dlaczego więc mniszki miałyby świętego nie traktować jak żywego gospodarza?

Albo takie zdarzenie. Opowiada mniszka Emiliana.

– Przez siedem-osiem lat trzymaliśmy w szafie nowe obłaczenije dla naszego świętego. Ale jak je zmienić? Monaster bez remontu. To tak jakby na Paschę ubrać się świątecznie, a dom niesprzątnięty. Ale nasza siostra Maria miała sen. „Na co czekacie? Odnawiajcie monaster!” – ponaglał św. Stefan. Sen opowiedziała ihumenii, ihumenia metropolicie czarnogórskiemu i primorskiemu Amfilohiuszowi. „Jak najszybciej remontujcie” – ponaglił i metropolita. A był rok 2010. Ale jak? – myślały siostry. Ani robotników, ani pieniędzy… Pierwszy pośpieszył rodzony brat ihumenii, znany w Czarnogórze artysta, Velio Stanisić. Wyrzeźbił świętemu w drewnie nowy relikwiarz. Za nim pospieszyli inni. Robotników było w pewnym momencie trzydziestu. Ale trzeba im płacić. A w kasie pusto. I oto pewnej nocy zjawia się święty starej matuszce z Tivatu: „Zbierz wszystko co masz dla moich dzieci. Są w potrzebie”. I dodał, że jest świętym Stefanem Piperskim i potrzebuje pomocy dla Pipery. Matuszka poprosiła o wsparcie wszystkich z okolicy i niezwłocznie udała się z darami do monasteru. Tam opowiedziała o cudownym zjawieniu się świętego.

– Prace przy remoncie monasteru szły wyjątkowo szybko i sprawnie – wspomina mniszka. – Wiedziałyśmy, że św. Stefan nam pomaga. I dodaje z uśmiechem, jakby opowiadała o przekornym dziecku. Święty, kiedy chce, pomaga, ale jeśli nie, to nic nie zmusi go do pomocy czy błogosławieństwa. Metropolita przysłał nam do monasteru nową siostrę. My w zachwycie! Więcej nas. I oto już następnego dnia z rana lecą przez okno jej rzeczy. Mniszka się wyprowadza, bo święty Stefan nie dał jej błogosławieństwa na pobyt u nas.

Stwierdzam nie bez skruchy i strachu: – Dobrze, że nam otworzył drzwi obitieli

– Codziennie dziękujemy świętemu, że nas cierpi i nie wyrzuca z monasteru – mówi siostra Emiliana i dodaje: – Miewamy swoje plany, ale one upadają. Ihumenia wtedy mówi: „Święty Stefan myśli inaczej”. Czeka, jest cierpliwa, wsłuchuje się w wolę Bożą. Nie jest szybka w swoich decyzjach. Ale kiedy jest przekonana, że to wola Boża, nikt już jej nie złamie.

– Wypijecie kawę? – pyta Emiliana. – Chętnie – odpowiadamy. A tak naprawdę chcemy rozciągać naszą obecność w namiastce raju, tak odbieramy ten przedpołudniowy czas lekkości, jakby bezcielesności, beztroski, zatopienia w zieleni, ciszy, którą sam Bóg oddał we władanie orkiestrze ptaków. Mniszka prowadzi nas na drewniany taras otoczony solidną balustradą, bo w dole przepaść. Z trzech stron, jak okiem sięgnąć płaskowyż, z którego dalej wypiętrzają się góry. W oddali miasta Spuž i Danilovgrad. Kiedy wytężymy wzrok, zobaczymy nawet Jezioro Szkoderskie (serbs. Skadarsko). U podnóża monasteru źródło, zwane Gospođina Voda. Jego wody pomagają w zaburzeniach wzroku. Ale co zdumiewa – w pobliżu monasteru żadnych domów, stodół, zagród, magazynów, fabryk. Tylko las, czasem łąka. – Taki atrakcyjny teren – powiedzieliby współcześni developerzy. Ale nie powiedzą, bo zabronił im tego święty Stefan. Chciał, żeby monaster był oazą modlitwy i ciszy i żeby żadna świeckość nie podchodziła pod jego mury.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz, fot. autorka

Odpowiedz