W tym roku minęło osiemdziesiąt lat od założenia prawosławnej parafii w Szczecinie. Pierwszym jej proboszczem był o. Jan Ignatowicz. Służył dla około dwudziestu pięciu rodzin. Cerkiew znajdowała się na drugim piętrze kamiennicy przy ul. Bogusława 14. Parafię tworzyli repatrianci ze Związku Radzieckiego i przesiedleni w Akcji Wisła Ukraińcy i Łemkowie, także nieliczni Grecy, Białorusini i Rosjanie. Kolejnym proboszczem był o. Aleksy Baranow, przy którym w 1963 roku cerkiew przeprowadziła się pod adres Wawrzyniaka 7, do byłego ewangelickiego domu opiekuńczego. Tu służyli kolejni proboszczowie – o. o. Aleksander Surel, Mikołaj Sidoruk i Paweł Stefanowski. O budowę samodzielnej cerkwi zaczęto zabiegać w 2000 roku przy o. Pawle Stefanowskim. Dwa lata później był już przydzielony parafii plac. Znajduje się w sąsiedztwie słynnego (architektonicznie) gmachu Filharmonii Szczecińskiej przy Wałach Chrobrego. W 2008 roku w nowej cerkwi odprawiono pierwszą Liturgię, a w 2011 roku metropolita Cerkwi w Polsce Sawa ją wyświęcił. Teraz parafian jest dużo więcej niż po wojnie. Są nimi Polacy, Ukraińcy, Białorusini, Gruzini, Mołdawianie, Rumuni. Do niedzielnej szkółki na katechezę przychodzi około 130 dzieci, w niedzielnych Liturgiach uczestniczy około trzystu osób. Od 8 do 10 maja świętowano 80-lecie parafii. Liturgię służył arcybiskup wrocławski i szczeciński Jerzy.
Od władyki Jerzego otrzymaliśmy niezwykle interesujący tekst pani Marii Smereczyńskiej o życiu w szczecińskiej wspólnocie, który publikujemy poniżej.
Stowarzyszenie św. Mikołaja, działające przy naszej parafii, zaprosiło mnie na uroczystości jubileuszowe, związane z 80-leciem utworzenia parafii prawosławnej w Szczecinie, z którą jestem związana od 1948 roku. Jako jedna z najstarszych parafianek postanowiłam napisać o swoim cerkiewnym życiu w Szczecinie.
Urodziłam się we Lwowie jako córka Jerzego Lizuńca, który był grekokatolikiem, i Wiery z domu Szachowskiej, prawosławnej, w czasie intensywnych działań wojennych. Strach oraz złe warunki bytowe spowodowały, że przyszłam na świat jako wcześniak o małej wadze i słabych odruchach życiowych. Osoby odbierające poród zdecydowały, że zostanę natychmiast ochrzczona z wody i nadano mi imię Maria. O moim imieniu zadecydowała data mojego przyjścia na świat – 15 sierpnia 1942 roku, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Moja mama poprosiła w modlitwie Bogarodzicę o opiekę nade mną.
W styczniu 1944 roku, gdy miałam półtora roczku, zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia Lwowa. Jako repatrianci szukaliśmy miejsca w Polsce. Ponieważ nie mieliśmy na tych terenach żadnej rodziny, skierowano nas na Ziemie Odzyskane. Dostaliśmy przydział do Byczyny w województwie opolskim, gdzie rodzice dostali domek i pracę.
Władze miasteczka zorganizowały zaraz po wojnie przedszkole. Zostałam do niego zapisana. Mieliśmy w nim dobrą opiekę, odżywki z UNR-y i zajęcia dydaktyczne, także katechizację. Uczono nas podstawowych modlitw i zawsze modlono się na początku i po zakończeniu zajęć oraz przed i po każdym posiłku. Celebrowano święta religijne. Na Boże Narodzenie robiliśmy jasełka, przychodził św. Mikołaj w szatach biskupich i przynosił prezenciki, a przed Wielkanocą zajmowaliśmy się rysowaniem szlaczków na narysowanych pisankach. W czasie ważnych uroczystości religijnych i państwowych na prośbę personelu mama ubierała mnie w strój krakowski i tak robili inni rodzice.
Po długich staraniach ojca, 24 czerwca 1948 roku, na św. Jana, otrzymaliśmy przydział na mieszkanie w Szczecinie. Spowodowane było to tym, że mój jedyny starszy ode mnie o dwanaście lat brat zdał w Opolu maturę i planował studiować medycynę. Rozpoczął studia, a ja po wakacjach poszłam jako sześcioletnia dziewczynka do pierwszej klasy szkoły podstawowej w pobliżu naszego domu.
W szkole uczyło się bardzo dużo dzieci. Klasy były przepełnione, brakowało sprzętów i podręczników. Do nauki pisania używałam rysika i tabliczki. Wszyscy uczniowie od klasy pierwszej uczestniczyli w lekcjach religii. Nikt nie pytał naszych rodziców, jakiego wyznania są ich dzieci i czy godzą się na katechezę katolicką. Zajęcia prowadziła cudowna starsza pani, która ciekawie opowiadała nam o stworzeniu świata, Adamie i Ewie, Kainie i Ablu, potopie, arce Noego i inne biblijne opowieści. Zajęcia z nią były bardzo ciekawe, bardzo je lubiłam, a prowadzącą podziwiałam za jej serdeczny stosunek do wszystkich dzieci. W szkole, podobnie jak w przedszkolu, lekcje rozpoczynały się i kończyły modlitwą. Nauczyciele tego bardzo przestrzegali i zawsze modlili się razem z uczniami.
W tym czasie moja mama zaczęła prowadzać mnie do cerkwi w Szczecinie, która mieściła się w czteropiętrowej starej kamienicy przy ulicy Bogusława, w zwykłym trzypokojowym prywatnym mieszkaniu na drugim piętrze. Tam w każdą niedzielę odbywała się Liturgia, odprawiał ją batiuszka Wołoszczuk, a proboszczem był o. Jan Ignatowicz.
Batiuszka Wołoszczuk zajmował mieszkanie na pierwszym piętrze, razem z rodziną – matuszką Larysą, dwoma synami i córką. Przychodząc w niedziele na Liturgię, wchodziło się na pierwsze piętro do matuszki, aby się przywitać. Wypytywała o wszystkie sprawy domowe, doradzała i wspomagała.
Na Liturgie do szczecińskiej cerkwi przyjeżdżało wiele osób z terenu, z Trzebiatowa, Goleniowa i wielu wiosek. Często zamiast podmiejskim pociągiem podjeżdżali furmankami, zaprzęgniętymi w zmęczone konie i przywozili do cerkwi wyhodowane przez siebie ziemniaki, cebulę, worek mąki lub cukru i dzielili się z prawosławnymi ze szczecińskiej cerkwi, bo matuszka Larysa gotowała z nich posiłki dla ludzi z terenu i potrzebujących z naszego miasta, którzy uczestniczyli w niedzielnej Liturgii. Ponieważ moja mama była położną i miała dyżury w szpitalu, też byłam zapraszana na zjedzenie choćby zupy. Posiłki ugotowane przez matuszkę były bardzo smaczne i jedzono je w dużym towarzystwie. W takich chwilach czuło się wielką więź naszej prawosławnej wspólnoty i troskę wszystkich o wszystko. To było piękne i potrzebne w tych trudnych powojennych czasach.
Ojca Wołoszczuka zainteresowała sprawa mego chrztu tylko z wody i zorganizował 23 lipca 1953 roku mój chrzest w cerkwi. Miałam wtedy prawie jedenaście lat, chrzestnymi zostali matuszka Larysa i pan Aleksander Mańkowski. Mojego ojca przy mnie nie było, bo nas zostawił i odszedł do obcej kobiety. Czułam się bardzo zagubiona i nieszczęśliwa.
Mimo, iż zostałam ochrzczona w prawosławnej cerkwi, nadal – jak wszystkie inne dzieci – uczęszczałam na lekcje religii w szkole, które były dla wszystkich obowiązkowe. Od czasu otrzymania chrztu świętego zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego, że jestem prawosławna i na przykład inaczej żegnam się w czasie modlitwy. Mama zapewniała mnie, że Bóg jest jeden i wszyscy się do niego modlimy, bez względu na wyznawaną wiarę.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Maria Smereczyńska z domu Lizuniec, fot. archiwum autorki




