Następnie przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch (…). Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia – czytamy w Ewangelii według św. Marka 9 września (Mk 6,7-13; por. Mt 10,5-16; Łk 9,1-6). Posłanie uczniów z misją czyniło ich prawdziwymi apostołami, natomiast służba w dwójkach nie była przypadkowa, wynikała przede wszystkim z powszechnego przekonania o prawdziwości świadectwa dopiero dwóch świadków. Drugi powód to większa skuteczność pracy w parach niż w pojedynkę. Dużo wcześniej zauważył to starotestamentowy mędrzec: Lepiej jest dwóm niż jednemu, gdyż mają dobry zysk ze swej pracy. Bo gdy upadną, jeden podniesie drugiego. Lecz samotnemu biada, gdy upadnie, a nie ma drugiego, który by go podniósł. (…) A jeśli napadnie ich jeden, to dwóch przeciwko niemu stanie, a powróz potrójny niełatwo się zerwie (Koh 4,9-12). Zarówno ta myśl Koheleta jak i rozesłanie apostołów wskazują na ponadczasowe znaczenie zbiorowego działania, zarówno w świeckim życiu, jak i w Cerkwi.
Pochwałę współdziałania i pracy zbiorowej Kohelet wygłosił kilka stuleci przed Chrystusem. Autor zapewne sam się przekonał, że w pojedynkę trudniej jest osiągnąć cel i wobec tego niezwykle przydatny może być zaufany wspólnik, pomocnik i towarzysz. Naturalnie ten duet musi być dobrze dobrany i zgrany, wspierający się, a nie konkurujący. Obecność dobrego wspólnika przynosi pomoc, zachętę i ochronę. Praca wykonywana we dwójkę jest lżejsza i bardziej efektywna. Mówiąc obrazowo, gdy na drodze znajdzie się ciężki kamień, sam człowiek będzie bezradny i zatrzyma się, ale we dwójkę odsuną go i praca postępuje. Również czas uciążliwej pracy lub wędrówki we dwójkę płynie jakby szybciej. Przerywane rozmową i wzajemnymi zachętami nawet bardzo nieprzyjemne zadanie wydaje się mniej męczące.
Wytrzymałość na zerwanie „potrójnego sznura” Żydzi tłumaczyli w odniesieniu do ciągłości rodu opartej na Bogu: ojciec, syn i wnuk, trzy pokolenia – razem studiują Torę. Mądrość dziadów, płynąca z ich doświadczenia, owocuje wiedzą synów i znajduje kontynuację w gorliwości wnuków. Chrześcijańscy teologowie przeważnie rozumieją potrójny sznur – jako męża, żonę i Boga. Jeszcze niektórzy w tym trzecim składniku upatrują dziecko, które spaja związek i czyni rodzinę kompletną. Nie wiemy, co autor miał na myśli, ale wszystkie powyższe interpretacje są piękne.
Tymczasem ludzie ze swej natury są indywidualistami! Najchętniej pracujemy „w pojedynkę” i na własny rachunek. Istnieje dość powszechne przekonanie, że wszelkie „spółki” są ryzykowne i bardzo często źle się kończą. W ogóle trudno jest znaleźć przykład wzorowej współpracy, z jasnym podziałem ról i zadań, kiedy w hierarchicznej strukturze znakomicie wykorzystane są zdolności i kwalifikacje współpracowników, gdzie każdy czuje się potrzebny i ma świadomość, że jest na swoim miejscu. Trudno jest dobrać zespół, w którym ktoś jawnie lub skrycie nie będzie chciał realizować swych wygórowanych ambicji albo wykorzystać wspólne przedsięwzięcie dla własnych celów. Najkrócej ujmując, indywidualizm zakłada priorytet interesów jednostki nad interesami grupy. Koncepcja kolektywizmu przewiduje pierwszeństwo potrzeb grupy wobec interesów poszczególnych osób. Jednak kolektywizm rozmywa odpowiedzialność, tłamsi inicjatywę i kreatywność, nie jest sprawczy ani twórczy, a jego znane nam formy okazały się nieskuteczne. Nie będę brnąć w te przeciwstawne postawy i pojęcia. Dość powiedzieć, że obie mają plusy i minusy, natomiast dla wierzącego człowieka ważne jest, co Bóg myśli o tym? Jakie wskazówki możemy znaleźć w Słowie Bożym? Czy jedna jest gorsza od drugiej w świetle nauczania biblijnego?
To jasne, że uczniami Chrystusowymi stajemy się indywidualnie. Każdy dojrzewa do pełni swego powołania, przechodzi swoją własną drogę, przez osobiste doświadczenie, dźwiga swój „krzyż”. Człowiek szuka swojej tożsamości, swego miejsca na ziemi, szuka odpowiedzi na pytania o celowość swojego istnienia i przeciwności swego osobistego losu. Na kartach Pisma Świętego znajdujemy całe mnóstwo przykładów, gdy Bóg zwraca się do człowieka indywidualnie, pojedynczo i powołuje go do określonej roli. Tak było z Noem, Abrahamem, Mojżeszem, prorokami i apostołami. Bóg daje duszę i życie każdemu z osobna, puka do drzwi pojedynczego serca i zbawia nie hurtem, lecz indywidualnie. Z Bożego postanowienia i woli biblijni prorocy z reguły działali w pojedynkę, ale też boleśnie odczuli na sobie dramat osamotnienia. Zdradzony, opuszczony, zawiedziony, zmuszony do ucieczki i ukrywania się Dawid w przejmujących, błagalnych słowach prosił Boga o miłosierdzie i pomoc (Ps 25,16). Eliasz doszedł do takiego stanu depresji i wyczerpania, że pragnął śmierci: O Panie! Zabierz moje życie (1 Krl 19,4). W Boże zamiary była też wpisana samotność Jeremiasza, jego bezżenność, wrogość otoczenia i reputacja wyrzutka (Jr 15,10-18). Hiob czuł się straszliwie nieszczęśliwy, ponieważ nie rozumieli go najbliżsi i Bóg opuścił go bez powodu. Podobnych przykładów jest więcej.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
o. Konstanty Bondaruk



