Jak dotrzeć z Warszawy do Jekaterynburga? Najpierw koleją do Terespola, potem marszrutką przez granicę do Brześcia. Dalej taksówką na lotnisko, samolotem do Moskwy i po kilkudniowej przerwie samolotem do Jekaterynburga. Dość skomplikowana wyprawa, nieprawdaż? Ale nie dla Arkadiusza Plewy, niewidomego od urodzenia 48-letniego Hajnowianina.
W podróż do Jekaterynburga wyrusza nie po raz pierwszy, mieszka tam jego koleżanka. Po drodze w Moskwie chciałby pomodlić się w cerkwi Christa Spasitiela, pospacerować po Arbacie, odwiedzić znaną fabrykę słodyczy. A w Jekaterynburgu – kto wie, także wziąć udział w uroczystościach upamiętniających śmierć rodziny carskiej. 17 lipca, nocą po Liturgii w soborze wzniesionym na miejscu zniszczonego w latach 70. domu Ipatjewa, w którym rozstrzelano rodzinę carską, wyruszyć z krestnym chodem do Ganinoj Jamy, gdzie wrzucono ich ciała. To tylko 22 kilometry. Albo przynajmniej pokonać dzienną i krótszą, bo siedmiokilometrową trasę, od stacji kolejowej, na której wysadzono carskich męczenników do сerkwi Na Krwi.
Na wieść o tych planach koledzy z pracy stukali się w czoło. Teraz na wschód? Do Rosji? Ale on przyzwyczaił się już do opinii dziwaka, a z prawa do własnego zdania nigdy nie rezygnował.
Upór i silną wolę odziedziczył po tacie, po mamie zasady etyczne i moralne.
Urodził się w 1979 roku, miał dwójkę starszego rodzeństwa. Mama, z zawodu nauczycielka, zadbała o możliwie najlepszą edukację dla syna. Bydgoszcz, Poznań, Wrocław, Kraków, Laski – oferta ośrodków dla niewidomych i niedowidzących była dość bogata. Jej wybór padł na podwarszawskie Laski. Nie dość, że były od Hajnówki najbliżej, to i cieszyły się, zasłużenie, najlepszą opinią.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Ałła Matreńczyk, fot. archiwum Arkadiusza Plewy




