Na północ, do Edynburga: ikony pod zamkową skałą
Prawie równolegle, bo raptem kilka miesięcy po bristolskiej konsekracji, rosyjski kapelan Armii Polskiej, protoijerej Iwan Sotnikow – brodaty, o niskim, dzwoniącym głosie i manierach moskiewskiego inteligenta – rozwinął składany ołtarz w podziemnej salce przy George Square w Edynburgu. W ciągu jednego popołudnia, przy blasku żarówek owiniętych papierowymi abażurami, pusty akademicki lokal zamienił w kaplicę: na stoliku z biblioteki położył antymins z krwistoszkarłatnego jedwabiu, za ikonostas posłużyło kilka sklejonych płyt pilśniowych, na których osobiście nakleił chromolitografie kupione od greckiego handlarza ikonami w Glasgow. Jego pierwszą trzódką zostali ułani spod Bologna i saperzy z batalionu mostowego, którzy dzięki rządowym stypendiom dla kombatantów studiowali inżynierię na Edinburgh Technical College. Żołnierskie buty jeszcze pachniały pastą, gdy śpiewali Święty Boże w orkiestralnej intonacji, a sam Sotnikow, pamiętając przedrewolucyjne zwyczaje Synodu, trzymał zegarek w kieszeni sutanny, by Liturgia nie przeciągnęła się poza godzinę wyjścia ostatniego autobusu na Leith.
Już po kilku tygodniach ciekawscy Szkoci, zwabieni wonią kadzidła rozlewającą się po George Square niczym mgiełka torfowego dymu, zasiedli z tyłu, najpierw nieśmiało, potem z otwartymi modlitewnikami, ucząc się podstawowych ektenii w starocerkiewnej fonetyce. Sotnikow, rozumiejąc misyjny potencjał miasta uniwersytetów, organizował „herbaty słowiańskie” w każdy czwartek: samowar syczał, gospodynie smażyły pączki, a chorąży-weteran tłumaczył psalmy na angielski, żeby nowi goście wiedzieli, kiedy znak krzyża wypada uczynić. Wieczorami Polacy, Rosjanie i Szkoci rozstawiali wieszak-ikonostas w auli Cowgate, by zdążyć na sobotnią Wigilijnię; nikt nie zauważył, kiedy w śpiewie pojawiła się czterogłosowa harmonia „Kelso”, a modlitwy spontanicznie przeplatały się frazami po angielsku i polsku, aż języki zlały się w jeden, miękki, jednoczący cantus.
Pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy pierwsze kresowe matki doczekały się wnuków mówiących gwarą edynburską, kaplica przeniosła się do większej sali przy Nicolson Street. Tam na chórze pojawił się mieszany zespół, w którym tenor prowadził szkocką balladę podczas parafialnych festynów, a alt z Tarnopola powtarzał linię ison jak dźwięk dud. W 2003 roku, po półwieczu kwest, sprzedaży ciast i anonimowych darowizn, cerkiew św. Andrzeja kupiła wreszcie własny gotycki budynek przy Meadow Lane – dawną halę wolnomyślicieli – zamieniając ją w skromną świątynię z ikonami sprowadzonymi z Poczajowa i podłogą pachnącą świeżą sosną. Wtedy językiem Liturgii była już w większości angielszczyzna, choć młodsi kantorzy wplatali tropariony po polsku, a staruszki rozpoznawały jeszcze zroszony łzami akcent wołyński.
Jednak w listopadowy Remembrance Sunday co roku dzieje się coś, co zdaje się zaprzeczać upływowi czasu: w pierwszym rzędzie, tuż przed ikoną Chrystusa Pantokratora, stają weterani w wypolerowanych do granic możliwości butach. Na piersi, obok maków Pamięci, błyszczą wstążki od Virtuti Militari, Krzyża Walecznych i brytyjskiego Defence Medal. Gdy dzwon wzywa do minuty ciszy, młodzi szkoccy wierni patrzą na te ordery jak na relikwiarz historii, a śpiewana zaraz potem Wiecznaja pamiat’ unosi się ku sklepieniu razem z nutami „Flower of Scotland”. Wtedy słychać, że opowieść zaczęta przez Iwana Sotnikowa na George Square nie zakończyła się wraz z kupnem własnego kościoła – trwa w ludziach, w harmonii wielojęzyka, w kadzidle, które wciąż miesza zapach sosnowych lasów Kresów z jodłowym chłodem szkockich wzgórz.
(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Piotr Biegasiewicz



