Home > Artykuł > Najnowszy numer > Trzy głosy, które rozbrzmiewają w XXI wieku. Powrót do ojców. Florowski, Łosski, Stăniloae

Trzy głosy, które rozbrzmiewają w XXI wieku. Powrót do ojców. Florowski, Łosski, Stăniloae

Na przełomie XIX i XX stulecia prawosławny Wschód przypominał rozchwiane wahadło. W carskiej Rosji młoda inteligencja zaczytywała się w Darwinie, Nietzschem i Bierdiajewie, podczas gdy seminaria duchowne rozwiązywały średniowieczne kwestie scholastyczne niczym zadania z logiki formalnej. Na Bałkanach nacjonalizmy wykuwały się z mitów o obronie wiary, ale równocześnie prasa publikowała pierwsze reportaże o psychologii głębi Freuda. A w diasporze paryskiej językiem teologii stawała się czasem bardziej francuszczyzna Racine’a niż cerkiewnosłowiański modlitwy Jezusowej. Ów dysonans – pisał świadek epoki, biskup metropolita Eulogiusz – „budził wewnętrzny krzyk serca: w czyim języku mam wyznać Credo, aby rozum i dusza nie pokłóciły się przy samym ołtarzu?”.

Ten krzyk przyniósł odpowiedź paradoksalną: trzeba pójść dalej wstecz, aż do źródła. Tak narodziła się neopatrologia – ruch, który w latach 1920-1950 zjednoczył pokolenie wschodnich teologów pod hasłem „powrotu do Ojców Kościoła”. Jeden z nich, emigrant rosyjski Gieorgij Florowski, ukuł nawet programowe określenie: „synteza neopatrologiczna”. Według niego nie chodziło o archeologiczną rekonstrukcję bizantyńskich formuł, lecz o „przyswojenie sobie umysłu (phronema) Ojców” i odczytanie Ewangelii na nowo, z ich oddechem w płucach.

W ślad za Florowskim głos zabrał charyzmatyczny świecki teolog Władimir Łosski, autor kultowej „Teologii mistycznej Kościoła Wschodniego”. Paryscy dziennikarze nazywali go „filozofem ciemnej chwały”, bo uczył, że Boga poznaje się najbardziej… poprzez niewiedzę. Trzecim filarem ruchu stał się rumuński kapłan Dumitru Stăniloae, tłumacz gigantycznej „Filokalii” i więzień reżimu Ceauşescu. Każdy z nich przemawiał innym tonem – historycznej analizy, mistycznej poezji, pastoralnej troski – lecz śpiewał tę samą pieśń: Tradycja żyje, jeśli oddychamy nią jak powietrzem.

Gieorgij Florowski (1893-1979): diagnostyk i budowniczy mostów

„Cytowanie świętych nie czyni nas świętymi” – notował Florowski w dzienniku z 1926 roku. „Musimy modlić się ich modlitwą, myśleć ich myślą, ale patrzeć na swoje czasy”. Syn odeskiego profesora matematyki, wyrósł w rodzinie, gdzie katechizm stał obok Euklidesa. Rewolucja 1917 wypędziła go na emigrację. Tułał się po Bułgarii, Czechach, w końcu trafił do Paryża. Tam, w Instytucie św. Sergiusza, zaczął głosić tezę, że prawosławna teologia uległa pseudomorfozie – przyjęła zewnętrzne kształty zachodniego scholastycyzmu, tracąc wewnętrzną świeżość.

W eseju „Drogi teologii rosyjskiej” porównał akademickie wykłady dogmatyki do „tkania gobelinu od lewej strony: widzimy supełki, a nie wzór”. Proponował zatem obrócić tkaninę: czytać Augustyna, Maksyma Wyznawcę i Bazylego nie jako cytaty, lecz jako „gorących publicystów swoich czasów”. W 1937, gdy Europa dryfowała ku wojnie, Florowski opublikował przełomowy manifest „Sobornost’ i historyczność”: „Wiara nie jest pamiątką; jest uwielokrotnioną teraźniejszością Chrystusa”.

Po wybuchu drugiej wojny światowej przeniósł się do Stanów. W seminarium św. Włodzimierza w Nowym Jorku uczył kolejne pokolenie duchownych diaspory. Studenci wspominają, że rozpoczynał każdy wykład ciszą: siadał, patrzył na ikonę Chrystusa Pantokratora i szeptał Modlitwę Pańską po grecku. „Dopiero potem – wspomina biskup Kallistos Ware – zamieniał się w racjonalistę, który jednym pstryknięciem rozbrajał nasze naiwne cytaty z encyklopedii”.

Florowski wierzył w moc spotkania. W 1948 został delegatem na zgromadzenie założycielskie Światowej Rady Kościołów w Amsterdamie. „Prawda nie dzieli się na wschodnią i zachodnią” – mówił tam. „Dzielenie to grzech człowieka, nie Chrystusa”. Jednak gdy w latach 60. część teologów zachodnich zachłysnęła się radykalnym modernizmem, Florowski ostrzegał: „Ekumenizm bez Ojców stanie się dialogiem niewyraźnych metafor”.

Centralny postulat Florowskiego – „synteza neopatrologiczna” – bywa błędnie rozumiany jako nowy scholastyczny system. Tymczasem autor „Eastern Fathers of the Fourth Century” przyrównał syntezę do przekładu poezji: trzeba zachować rytm, obraz, wzruszenie, a równocześnie przemówić do współczesnych uszu. Pod koniec życia pisał w liście do młodego Houstonianina: „Szukasz przepisu na teologię? Otwórz «Żywot Antoniego», potem gazetę, a między nimi poszukaj sensu”.

W 1979 roku, gdy umierał, towarzyszył mu chór przyjaciół, katolików i anglikanów. Nad łóżkiem wisiała ikona św. Atanazego z dedykacją: „Nie przestałeś walczyć o doktrynę wcielenia”.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Piotr Biegasiewicz

Odpowiedz