Home > Artykuł > Z tradycji galicyjskiej

Ich ślub, 22 maja 1952 roku dla prawosławnej, rusińskiej społeczności Pensylwanii był połączeniem Nehrebeckich i Jankowskich, dwóch liczących się rodzin emigrantów z Galicji, wśród których byli farmerzy, robotnicy, drobni przedsiębiorcy i duchowni, którzy zakładali prawosławne parafie w latach 20. XX wieku. O. John i matuszka Evgeniya przeżyli ze sobą prawie sześćdziesiąt sześć lat. O. mitrat John Nehrebecki, mając u boku matuszkę, założył dziesięć parafii w stanach Nowy Jork i New Jersey. Stworzyli piękną rodzinę, doczekując się sześciorga dzieci, dwadzieściorga wnucząt i dwadzieściorga dziewięciorga prawnucząt. W pierwszej części chcę opowiedzieć o losach rodziny Nehrebeckich, pierwszego pokolenia emigrantów do Pensylwanii. W następnej opowiem o korzeniach rodzinnych matuszki Evgeniyi, sięgających „maziarskiego” Łosia na Łemkowszczyźnie.

Przyszły kapłan, w domu nazywany Jasiem, w transkrypcji angielskiej Yashu, urodził się 4 maja 1928 roku w Donorze, dwadzieścia osiem mil od Pittsburgha, jako najmłodszy z jedenaściorga rodzeństwa. Jego pokolenie było pierwszym urodzonym w Stanach Zjednoczonych, dokąd z Galicji wyemigrowali rodzice. Michał i Weronika z Korczów na nowej ziemi założyli rodzinę i swoje dzieci postanowili wychować w duchu tradycji wyniesionych z rodzinnych domów. Korzenie rodu sięgają dawnych wieków. Nehrebeccy wywodzą się ze szlachty ruskiej. Wśród przodków mieli właścicieli ziemskich, a także hetmana Wielkiej Siniawy, który szlachectwa został pozbawiony w XVII wieku. – Dla mnie jednak najważniejsi byli ci „cerkiewni” – twierdził o. John. Pięciu kapłanów z Nehrebeckich było wykładowcami Akademii Mohylańskiej, najbardziej znaczący z nich to arcybiskup Konstanty Nehrebecki, wykonawca ostatniej woli Piotra Mohyły. Kiedy John był studentem Instytutu św.Tichona Zadońskiego w South Canaan, o. prot. Wasilij, w życiu świeckim książę Mussin-Pushkin, po matce potomek rodu Repninów, mówił mu, że jeden z Nehrebeckich został zaproszony przez Piotra Wielkiego z Kijowa do Sankt Petersburga, by tam założyć akademię na wzór Mohylańskiej. O. John podkreślał również chrześcijańskie korzenie Słowian, sięgające Wielkiej Morawy, misji cyrylometodiańskiej oraz roli wielkomorawskiego księcia Rościsława w tradycji rodzimego prawosławia. – Dzięki księciu Rościsławowi Wielkiemu zostaliśmy ochrzczeni sto lat przed Rusią Kijowską – mawiał. Pradziadkowie o. Johna, Andrzej i Ewdokija z domu Hawak, mieszkali w Sieniawie koło Sanoka. Tam też urodził się jego dziadek, również Andrzej, który poślubił Marię Kuzemkę, córkę Jana i Marii z domu Beck. O babci Marii mówiło się, że jej oczy wskazywały na uzbeckie pochodzenie. Nehrebeccy i Beckowie byli drobnymi właścicielami ziemskimi i rzemieślinikami. Ojciec o. Johna, Michał przyniósł sobie imię, jak mawiano na Łemkowszczyźnie, ponieważ urodził się na św. Michała w 1881 roku. Cztery lata później na świat przyszła siostra Maria. Dziadkowie zdecydowali, że nie będą dzielić gospodarstwa na dwoje dzieci i w 1903 roku Michał na statku Nora, odpływającego z Hamburga, opuścił na zawsze Europę. Najpierw pracował na farmie w McKees Rock w Pensylwanii. Tam też poznał przyszłą żonę. Weronika urodziła się po drugiej stronie Karpat w Vylagy-Vyrawa, dzisiaj to Svetlice- -Vyrava w powiecie Medżilaborce na Słowacji, w 1886 roku w dzień świętego Mikołaja i została ochrzczona w cerkwi greckokatolickiej. Jej ojciec, Teodor Korcz, był Słowakiem, matka, Susanna Michalik, Rusinką. Ojciec osierocił Weronikę wcześnie i matka musiała zarobić na życie. W dorosłym życiu opowiadała dzieciom, jak w dzieciństwie matka zostawiła ją pod opieką ciotek, by zatrudnić się w znanym hotelu Barnaj w Michalovcach, gdzie bywał cesarz Franciszek Józef. Weronika lubiła wspominać swoją wizytę tam i to, jak w wielkiej sali balowej hotelu widziała samego cesarza. W lutym 1904 roku przyjechała do Mc Kees Rock, do swojej ciotki. Musiała od zaraz zarabiać i już na drugi dzień w miejscowej fabryce tytoniu zwijała cygara. Tam też się spotkali. W pewne niedzielne popołudnie przyszedł pod dom jej ciotki, by zaprosić dziewczynę na spacer. Jednak Weronika nie była zbyt rozmowna, podchodziła do Michała z rezerwą, uważając że skoro Polak to i „rzymski katolik”, a ona postanowiła, że wyjdzie za prawosławnego. Michałowi tak bardzo zależało, że chociaż formalnie był unitą, przekonał ją, że też jest prawosławny. Najpierw jednak umówili się na spacer w następną niedzielę po Liturgii. Weronika, rozczarowana, nie ujrzała w cerkwi Michała, chociaż pojawił się przed domem ciotki w niedzielny poranek, ale sobie poszedł. Przyszedł dopiero popołudniu. Wtedy okazało się, że był w grekokatolickiej cerkwi. Niechęć Weroniki nie zrażała go. Ślubu, 11 lutego 1907 roku w cerkwi św. Aleksandra Newskiego w Allegheny, północnej dzielnicy Pittsburgha, udzielał im o. Theofan Bukietoff. – Po latach mama mówiła mi, że postawiła mojemu ojcu warunek. Jeśli chce ją poślubić, musi stać się prawosławny – wspominał. Michał nawet nie zdawał sobie sprawy, że jest grekokatolikiem, ponieważ język Liturgii był ten sam, a poza tym uniccy kapłani podczas Liturgii wypominali „wszystkich prawosławnych chrześcijan”. Też mieli rodziny, w cerkwiach ikony i takie same krzyże. Wśród emigrantów z Karpat nie było to odosobnione zjawisko. Po ślubie zamieszkali i pracowali na farmie Beck. Ojciec także dorabiał jako szewc, ale ta praca była mało opłacalna. 17 marca 1908 roku przyszła na świat pierworodna Susanna, nazywana Sophie, a rok później, 7 listopada, urodził się Dimitri. – Papa zawsze mawiał, że naszym największym wyróżnieniem, wartością jest to, że jesteśmy prawosławni. Poza tym był pracowity, gościnny i dobroczynny, jedynym życiem mojego ojca była Cerkiew i Bóg – wspominał. W 1916 roku pomagał organizować prawosławną cerkiew św. Mikołaja w magazynie fabryki w Donorze, dokąd rodzina się przeprowadziła. Dziesięciotysięczne miasto stalowni, gdzie produkowano cynk i drut, używany na całym świecie. Ojciec pracował jako operator maszyn w hucie. „Amerykański Czarnobyl” – tak nazywał rodzinne miasto z powodu niezdrowego powietrza i przemysłowego krajobrazu, gdzie roślinność wokoło była zniszczona wyziewami z hut, a smog zabijał. Mężczyźni pracowali po cztery godziny, a mieli płacone za osiem. „Jeśli nie ma dymu z siarki, nie ma pracy, a jeśli nie ma pracy, nie ma chleba” – mawiali miejscowi. W efekcie ich chleb zawierał związki siarki i żelaza, z czym musieli nauczyć się żyć. W cerkwi św. Mikołaja, w końcu maja 1916 roku, odbył się pogrzeb trzeciego z rodzeństwa, czteroletniego Vasiliya. Pierwszym ochrzczonym w tej świątyni dzieckiem była urodzona 18 listopada 1917 roku Maria. Wiernych trzeba było namawiać, by uczestniczyli w życiu nowej parafii. Pewnej niedzieli przyprowadził niewidomego właściciela farmy Andrew Becka, wcześniejszego pracodawcę. – Patrzcie, ślepy prowadzi ślepego – wołali idący do swojej świątyni grekokatolicy na „galicyjskiego Micke’a”, bo tak nazywali Michała.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Rydzanicz

Tekst i zdjęcia pochodzą ze wspomnień o. Johna i matuszki Evgeniyi Nehrebeckich „Again and Again, Let Us Pray To the Lord”.

Odpowiedz