Home > Artykuł > Odszedł Eugeniusz Wichowski (1962-2020)

Odszedł Eugeniusz Wichowski (1962-2020)

Po długiej i ciężkiej chorobie odszedł wieloletni wójt gminy Mielnik, Eugeniusz Wichowski. Znało go bardzo wiele osób i wielu przyszło pożegnać – podczas panichidy modliło się pięćset osób. Kilkaset wzięło udział w pogrzebie. Zaupokojnaja Liturgia i czyn pogrebienija odbyły się w cerkwi Ikony Matki Bożej Wszystkich Strapionych Radość w położonej siedemnaście kilometrów od Mielnika jego rodzinnej wsi Tokary, gdzie w 1962 roku przyszedł na świat i gdzie od pokoleń mieszkali jego przodkowie.

Wieś ta w 1948 roku została rozdzielona granicą państwową. Jego dziadek, Włodzimierz Wichowski, jako żołnierz carskiej armii brał udział w pierwszej wojnie światowej. Jego żona, babcia Julianna, z córeczką Wierą udała się w bieżeństwo.
Włodzimierz dostał się do niemieckiej niewoli, stamtąd trafił do Francji. Wstąpił do armii Hallera. Walczył o niepodległą Polskę. I choć nie miał żadnych wieści o losach rodziny, postanowił, przed ostatecznym wyjazdem do Francji, przyjechać do Tokar i być może po raz ostatni spojrzeć na rodzinną ziemię.
Ubrany w niebieski szynel, piękną czapkę i białe rękawiczki przyjechał bryczką z adiutantem. Tu, nieoczekiwanie, zastał babcię. Ordynans wrócił, dziadek został w Tokarach. Julianna urodziła Włodzimierzowi czterech synów. Jeden z nich, Konstanty, to ojciec Eugeniusza, mielnickiego wójta.
Dziadek Włodzimierz sprzedał piękny szynel, kupił konia. Uciułany wcześniej kapitał i zaciągnięte kredyty przeznaczył na zakup ziemi, budynki gospodarcze i maszyny rolnicze. Był był dobrym gospodarzem i szanowanym obywatelem Rzeczypospolitej. Sprawował funkcję, z wyboru, ławnika w gminie Wysokie Litewskie. Jego brat był sekretarzem w gminie. Dziadek Włodzimierz miał osiem koni, ale postawił na motoryzację. W 1939 roku uzyskał koncesję na linię autobusową Drohiczyn – Wysokie Litewskie. Na początku września miał odebrać autobus, ale wybuch wojny w niwecz obrócił plany.
Przyszli sowieci. Dziadek, były legionista i majętny rolnik, wiedział, co go czeka. Uciekł z domu i ukrywał się do momentu wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej. Jego rodzinę mieli wywieźć na zsyłkę w ostatnim etapie. Nie zdążyli. Ale 40 hektarów ziemi Wichowskich rozparcelowali i przekazali biednym.
Przyszli do Tokar Niemcy. Ci Wichowskiego nie ruszali. Ale w 1944 roku, gdy zbliżał się front i Niemcy zbierali się do odejścia, towarzyszący im własowiec postawił całą ich rodzinę pod ścianą domu i chciał rozstrzelać. Od niechybnej śmierci uratował ich niemiecki żołnierz.
Front przesunął się na zachód. W Polsce i w Tokarach budowano PRL. Tak było w dzień. A w nocy były grabieże i pogróżki: „Macie 24 godziny na wyjazd do raju”. W Tokarach grożono tylko prawosławnym. Wieś była już przedzielona granicą (cerkiew św. Archanioła Michała została po radzieckiej stronie, kościół katolicki i wniesiona na miejscu objawienia Bogarodzicy filialna cerkiew Matki Bożej Wszystkich Strapionych Radość – po polskiej), ale granica nie była zamknięta. Pewnego dnia na środku wsi złapano trzech prawosławnych mężczyzn, założono im paski na szyję, uprowadzono na katolicki cmentarz i tam zamordowano. Prawosławni opuścili polską część Tokar.
Włodzimierz Wichowski, w uznaniu jego zasług dla II RP, miał propozycję od podziemia: „Możesz zostać, ale rodzina musi wyjechać”.
Ale Włodzimierz nie chciał rozstawać się z bliskimi, razem z nimi, wyjechał do Tokar za granicą. Wichowscy żyli tam blisko cerkwi św. Archanioła Michała dwa lata. Potem udało mu się wrócić, odzyskać gospodarstwo, ale to już oddzielna historia.
W ślad za Włodzimierzem Wichowskim do Tokar wróciło jeszcze kilka prawosławnych rodzin.
– Gdyby nie determinacja dziadka, w Tokarach nie byłoby prawosławia – nieraz podkreślał wójt.
Eugeniusz Wichowski ukończył wydział rolniczy na SGGW w Warszawie. Jego studia przypadły na początki działalności bractwa młodzieżowego. Przychodził na spotkania z docentem Janem Anchimiukiem (późniejszym arcybiskupem Jeremiaszem), jeździł na pielgrzymki na Grabarkę, śpiewał w chórze na Woli. Po studiach ożenił się i podjął pracę w Wojewódzkim Ośrodku Postępu Rolniczego. Pracował tam cztery lata, z trzymiesięczną przerwą na wojsko. W wojsku był w karnej kompanii w Morągu. A to z powodu swojej siostry, która w 1984 roku wyjechała do USA i nie wróciła. Jest tam cenionym profesorem statystyki.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Na podstawie tekstu Michała Bołtryka „Pamiętamy” (PP 8/2006)
oprac. Ałła Matreńczyk
fot. Anna Radziukiewicz

Warto przeczytać
Meteorologii oddał serce
Córka swego ojca
Nigdy nie narzekał

Odpowiedz