Home > Artykuł > Zastąpić starsze pokolenie

Zastąpić starsze pokolenie

– Kieruj się wiarą, a gdziekolwiek będziesz, szukaj cerkwi! Bądź dobrym i uczciwym człowiekiem! – tymi słowami dziadek Aleksy Wenio pożegnał w więzieniu na Majdanku swoją córkę Annę przed jej wyjazdem do Rzeszy na roboty. To było ich ostatnie spotkanie. Anna Dudycz z domu Wenio tę prawdę przez całe życie przekazywała dzieciom, Andrzejowi, Piotrowi i Irenie, po mężu Hunczak, która urodziła się we Wrocławiu w rodzinie Podlasianki i Łemka i wciąż stara się wypełniać przykazanie dziadka. Od najmłodszych lat towarzyszyła mamie, chórzystce katedralnej cerkwi, a potem naturalnie zaczęła tam śpiewać sopranem.
Działalność wśród młodzieży prawosławnej rozpoczęła w 1980 roku, tuż po maturze.
– Z chóru, jeszcze będąc małą dziewczynką, obserwowałam, co dzieje się na dole. Ze smutkiem patrzyłam, jak odchodzą starsi parafianie. Mama wpoiła mi, że stanowimy parafialną rodzinę i tak od zawsze pojmowałam miejsce parafii, szczególnie w diasporze. Nawracała myśl, kto zastąpi w cerkwi moje ciocie i wujków. Wiedziałam, że trzeba postawić na najmłodsze pokolenie.
– Przypadkiem dowiedziałam się, że jest organizowana pielgrzymka młodzieży na Świętą Górę Grabarkę. Nigdy wcześniej tam nie byłam – mówi Irena Hunczak, pierwsza przewodnicząca Bractwa Młodzieży Prawosławnej we Wrocławiu. Do dziś pamięta klimat podróży. Pociągiem i częściowo autobusem PKS-u. Przez Białą Podlaską, Sarnaki do Sycz. W Sarnakach w napięciu przyglądała się młodym ludziom, zastanawiając się, czy ktoś w tłumie też jest prawosławny.
– Jechałam do szczególnego miejsca na spotkanie z ludźmi, których nie znałam – wspomina. Na stacji w Syczach z pociągu wysypała się młodzież. – Poczułam ogromną radość i ze łzami w oczach im się przyglądałam, bo nigdy dotąd nie widziałam tak licznej grupy młodych prawosławnych.
Duchownym, którego zapamiętała, był o. Eugeniusz Niesteruk wraz z grupą z Mielnika. Wysoki, postawny w kapeluszu i ciemnym płaszczu, spod którego wystawała sutanna.
Ta pierwsza pielgrzymka otrzymała miano rodzinnej. Odczuwali wielką radość z tego, że młodzież może spotkać się i wspólnie modlić.
– Nawiązaliśmy kontakty i wróciliśmy do domów, obiecując sobie, że będziemy się spotykać. W tej grupie była osobą, która pokonała największą odległość.
Pierwsza pielgrzymka dała jej silną motywację do działania. Jeszcze w sierpniu tego samego roku wzięła udział w obozie roboczym na Górze Grabarce. Krąg prawosławnych przyjaciół szybko się poszerzał. – Zachęcałam do udziału w majowej pielgrzymce na Świętą Górę młodzież wrocławskiej parafii – wspomina.
W maju 1981 roku udało jej się zabrać ze sobą kilku kolegów. Przybywało też uczestników z innych stron. Rok wcześniej było nieco ponad siedemdziesięciu, a teraz już ponad trzystu. Każda pielgrzymka była niezwykle ważnym, duchowym przeżyciem. Oprócz modlitewnej atmosfery, spotkania i rozmowy rodziły się pytania o
MIEJSCE MŁODZIEŻY
W ŻYCIU CERKWI.

– Budziła się w nas świadomość, że to my będziemy odpowiedzialni za przyszłość Cerkwi – wyznaje. – Musimy zgłębić nie tylko historię Cerkwi, ale ogólnie prawosławia. Wtedy też, zgodnie z postulatami omawianymi na spotkaniu na Grabarce, uznała, że wrocławskiej grupie potrzebna jest struktura formalna. Zaraz po powrocie napisali pismo do władyki Aleksego z prośbą o błogosławieństwo na utworzenie Bractwa Młodzieży Prawosławnej. Hierarcha udzielił go 7 czerwca 1981 roku.
Kolejny raz na Świętą Górę Grabarkę pojechała 16 października 1981 roku na spotkanie Koła Teologów Prawosławnych, gdzie poinformowała, że formalnie udało się powołać Bractwo Młodzieży Prawosławnej we Wrocławiu. – Dla pozostałych staliśmy się wzorem, bo zrobiliśmy to, co wcześniej tylko postulowano. Na początku dla większości uczestników spotkania byli, jak określa, egzotyczni, bo spoza Podlasia. Niektórzy o Łemkach słyszeli po raz pierwszy, a już określenie „Łemko z dzikiego Zachodu” było naprawdę zabawne. – Byliśmy jedyną grupą spoza Podlasia, bo młodzież z diecezji przemysko-nowosądeckiej dołączyła do naszej prawosławnej rodziny dopiero kilka lat później – wspomina. – Mimo wszystko, nieważne, czy mówiliśmy po białorusku, ukraińsku, polsku czy łemkowsku, mieliśmy poczucie przynależności do jednej prawosławnej braci i że Cerkiew jest naszym wspólnym domem. Integracji sprzyjała nie tylko wspólna modlitwa i poważne dyskusje, ale też śpiewy przy ognisku.
Klimat spotkań na Grabarce sprawiał, że pełna dobrej energii wracała do Wrocławia i myślała o nawiązaniu kontaktów z młodzieżą innych parafii na terenie diecezji. W listopadzie tego roku pojechali w piątkę do Wałcza. Irena Dudycz, Jerzy Kardasz, Maria Kaniuczok, Julita Rogozin i o. Eugeniusz Cebulski – pierwszy duchowy opiekun bractwa w diecezji. Na dworcu PKP czekał na nich o. Piotr Żornaczuk – proboszcz tamtejszej parafii.
– Przyjęto nas niezwykle serdecznie – wspomina. – O. Piotr kupił świeże bułeczki, by wraz z matuszką podjąć nas śniadaniem.
Po południu spotkali się z parafianami.
– Opowiadałam o spotkaniach młodzieży na Grabarce i naszych planach poszerzenia Bractwa, jak również zorganizowania podczas najbliższych wakacji obozu dla dzieci – wspomina. W pamięci zapisało się wieczorne spotkanie. Powojenne historie rodzinne okazały się niezwykle zbliżać. Były łzy smutku i radości. Irena zapewniała, że wspólne wakacje rozbudzą wśród młodzieży dumę z tego, że są prawosławni. Rodzice ideę Bractwa przyjęli z entuzjazmem.


Władyka Aleksy bardzo się ucieszył z pomysłu Ireny. Podpowiedział, że dobrze byłoby, gdyby zorganizować go w, oddalonych o ponad czterdzieści kilometrów, Malczycach. Siedziba tamtejszej parafii, ogrodzona, wśród zieleni, okazała się świetnym wyborem. Ówczesny proboszcz, Jerzy Hnatów zgodził się przyjąć obozowiczów. Wtedy podstawowy problem stanowił prowiant. Z pomocą przyszedł o. Jerzy Doroszkiewicz z Warszawy, sekretarz kancelarii metropolitalnej.
Irena dowiedziała się, że do Warszawy przyszedł transport z darami z zagranicy. Także ze sprzętem turystycznym, który otrzymała głównie młodzież z Białegostoku. Pojechała do Warszawy i przedstawiła o. Jerzemu plany zorganizowania obozu dla dzieci. Duchowny nie tylko przekazał pięć dużych namiotów, trzydzieści sześć śpiworów i dmuchanych materacy, ale także zapas żywności i środków chemicznych. Obiecał też zapewnić transport. – Myślałam, że oszaleję ze szczęścia – opowiada emocjonalnie. Darowizna pojawiła się we Wrocławiu, dodatkowo z kurtkami i butami dla młodzieży.
– Nikt z nas, organizatorów, nie miał wtedy przygotowania pedagogicznego, ale sercem czułam, że ten obóz musi się odbyć – wyznaje.
Pierwszy w Polsce obóz dla dzieci prawosławnych, dla dwudziestu sześciu podopiecznych, rozpoczął się 1 lipca 1982 roku. Rodzice zaufali, pięcioosobowej kadrze, z której dwie osoby były niepełnoletnie, przywożąc swoje dzieci do Malczyc z Rzeszowa, Warszawy, Wałcza, Legnicy i Wrocławia. Wychowawcy, Irena i Ela Jaroszuk, Julita Rogozin, Jerzy Kardasz i Irena Dudycz musieli sobie radzić nie tylko z problemami pedagogicznymi. Na miejscu okazało się, że piękne, białe namioty w stylu orientalnym nie mają podłóg. Z pomocą przyszli parafianie, dostarczając bele słomy, którą wyścielono gołą ziemię, aby obozowicze nie marzli. Wyczynem było przygotowywanie w oddzielnej kuchni posiłków. Produkty z darów, z obcojęzycznymi przepisami, wymagały rozpracowania. Trochę domyślając się znaczenia tekstów na opakowaniach oraz łapiąc proporcje, przygotowywano potrawy na kuchni węglowej. – Po raz pierwszy mieliśmy do czynienia z suchymi drożdżami, z których udało się upiec smaczne racuchy – śmieje się dziś Irena Hunczak. Obozowa kuchnia pełniła także funkcję łazienki. Każdego dnia podgrzewano w kotłach duże ilości wody, aby wystarczyło dla wszystkich. W dobie komfortu opowieści o takich warunkach, trochę na dziko, zdają się mało wiarygodne.


Ważnym punktem było spotkanie z o. Michałem Żukiem, proboszczem parafii w Lubinie i wykład na temat historii Cerkwi. Irenę zaskakiwały dojrzałe, mądre pytania, stawiane duchownemu. Obóz w Malczycach, oprócz radosnych wspomnień w pamięci uczestników zapisał też smutne. To było pożegnanie z władyką Aleksym, wielkim przyjacielem młodzieży. Zmagający się z chorobą nowotworową hierarcha przyjechał, by spotkać się z jego uczestnikami. Było ognisko z pieczonymi kiełbaskami i programem artystycznym.
– Kiedy władyka żegnał się z nami, a potem wyjeżdżał z posesji, zabiły cerkiewne dzwony i prawie wszyscy płakali – wyznaje. Dwa miesiące później władyka wrocławski i szczeciński Aleksy odszedł do Pana.
Dwanaście dni dowiodło, że młodzież z różnych stron Polski potrafi się świetnie zintegrować. Wspólnym mianownikiem okazał się poczucie, że

BYCIE PRAWOSŁAWNYM
NIESIE SZCZEGÓLNĄ WARTOŚĆ.
Dziś ludzie z tamtej grupy są duchownymi, dyrygentami chórów, matuszkami, nauczycielami akademickimi, lekarzami i pedagogami. Na zakończenie młodzi obiecali sobie, że za rok spotkają się w takim samym składzie. I większość słowa dotrzymała, biorąc udział w lipcu 1983 roku w obozie organizowanym przez Irenę w Ługach. Położona nad jeziorami wieś, wówczas w województwie gorzowskim, zapadła liderce w serce. – Zakochałam się nie tylko w miejscu, ale także w serdeczności parafian. Położona na górce cerkiew przy drodze, otoczona starymi lipami, ujęła Irenę. O. Włodzimierz Kochan, proboszcz tamtejszej parafii, był zaskoczony przyjazdem dziewięciorga młodych ludzi.
W listopadzie 1982 roku na zaproszenie wrocławskiego Bractwa do Wrocławia licznie przyjechała młodzież z diecezji wrocławsko-szczecińskiej oraz zarząd Bractwa – Eugeniusz Czykwin, wówczas przewodniczący Rady Koordynacyjnej, Sławomir Makal wraz z opiekunem Bractwa, doktorem Janem Anchimiukiem, późniejszym władyką Jeremiaszem. Spotkanie w mieszkaniu po władyce Aleksym młodzieży z innych parafii miało przybliżyć ideę Bractwa, a także zachęcić do działania. Po wrocławskim zjeździe, 19 grudnia powołano Koło Młodzieży Prawosławnej w Wałczu.
Działalnością wrocławskiej sekcji Bractwa zainteresowała się służba bezpieczeństwa. Już na pierwszych spotkaniach próbowano wniknąć do grupy. Irena pamięta, jak nie wiadomo skąd pojawił się chłopak, podający się za studenta, mieszkańca Wrocławia. Kiedy zapytano go, czy jest prawosławny, zaczął niespójnie wyjaśniać, że on nie, ale jego babcia… Skończyło się na jednym spotkaniu.
W 1982 roku zaczęła pracę jako chórzystka wrocławskiej Opery.
– Pewnego dnia na portierni ktoś zostawił mi wezwanie do Urzędu Bezpieczeństwa – wspomina. To był szok. Kiedy poszła na spotkanie, okazało się, że ponoć są na nią donosy. Jakiś czas potem funkcjonariusz w cywilu z kolejnym wezwaniem przyszedł na próbę do opery w obecności całego zespołu. W 1983 roku, w czwartek przed Niedzielą Palmową, po przedstawieniu, jak zwykle, czekała na nią mama z kolacją. Wypiły jeszcze razem herbatę, gdy ktoś zapukał. – Kto tam? Usłyszały: – Swój. My do pani Ireny Dudycz – ujrzała w drzwiach dwóch funkcjonariuszy. Panowie w cywilu wyjaśnili, że mają nakaz rewizji. Szukali nielegalnych wydawnictw. – Nie mogąc niczego znaleźć, kręcili się po mieszkaniu bez celu – wspomina. Podejrzenie wzbudziła znaleziona w kredensie kuchennym paczka suszonych drożdży. Nie znając niemieckiego, zaczęli studiować napisy na opakowaniu. – Niech pan weźmie dla żony – życzliwie zaproponowała mama Ireny. – Pani musi z nami pojechać – oznajmili Irenie. Zaskoczona, ubrała się i wsiadła z nimi do dużego fiata. W siedzibie UB na Zamkowej została przekazana w ręce kolejnych funkcjonariuszy. W labiryntach korytarzy zobaczyła tłum zatrzymanych. – Przed 1 maja obawiano się demonstracji solidarnościowych, więc zatrzymano wielu wrocławian – stwierdza. Trafiła do kontroli osobistej przeprowadzanej przez mężczyzn. Odebrano jej zegarek i biżuterię, a następnie już inni ludzie prowadzili do celi. W pomieszczeniu z sześcioma pryczami przetrzymywano dwanaście kobiet. Wszystkie zatrzymano niby na tle politycznym. Starsza kobieta, księgowa z PAFAWAG-u potrzebowała leków o stałej porze. Zabrali ją z pracy, leki zostały w domu, więc zasłabła i wyniesiono ją z celi. Rankiem przyniesiono posiłek. Kawę zbożową w aluminiowym kubku i ćwiartkę chleba z narzuconym kleksem smalcu. Irena niczego nie tknęła. – Jutro wszystko zjesz – życzliwie mówiły starsze kobiety.
Mama szukała ratunku u o. Eugeniusza Cebulskiego, który w poczuciu bezradności zatelefonował do metropolity Bazylego. W piątek
WEZWALI JĄ
NA PRZESŁUCHANIE.

W sobotę przed południem usłyszała: „Dudycz, do wyjścia!”. W siedzibie SB czekała na nią mama z o. Eugeniuszem. Okazało się, że pomógł władyka Bazyli. Niedzielną Liturgię we wrocławskiej cerkwi celebrował gościnnie nowo wyświęcony biskup Jeremiasz, którego Irena poznała podczas pielgrzymki majowej w 1980 roku.
Była jedyną działaczką Bractwa Młodzieży Prawosławnej w Polsce zatrzymaną przez służby bezpieczeństwa, ale to jej nie zraziło. Mimo tego, że kilka lat nie mogła dostać paszportu i ominęły ją zagraniczne tourne. Wiedziała, że trzeba działać. Latem do Ługów wynajętym autokarem przywiozła dwadzieścioro ośmioro podopiecznych. Do starej kadry dołączył Jan Piruta, wówczas student ChAT, dziś mnich Jakub w monasterze w Stanach Zjednoczonych, odpowiedzialny za katechezę. Po kilku dniach dołączył brat Ireny, Piotr Dudycz, instruktor sportowy, a przede wszystkim ratownik wodny. – To są jeziora, jak się coś stanie, to z więzienia nie wyjdziesz – martwiła się mama Ireny, zanim okazało się, że Piotr będzie mógł pojechać na obóz. W Ługach bardzo przyjazne i pomocne okazały się dwie rodziny, Siwców i Chojniaków. Raptem okazało się, że samymi darami z zagranicy młodzieży się nie nakarmi. Irena prowadziła z miejscowymi gospodarzami handel wymienny – kawę lub olej za ziemniaki czy mleko prosto od krowy.


Do grupy obozowej dołączyła miejscowa młodzież. Zintegrowani obozowicze w cerkwi śpiewali całą Liturgię. Kwitła także działalność rozrywkowa. Powstawały piosenki i skecze związane z obozem. Na zakończenie gospodynie w wiejskiej świetlicy przygotowały pożegnalny obiad przy akompaniamencie zespołu Bogdana Siwca.
W sierpniu grupa starszej młodzieży pod przewodnictwem Ireny pojechała do Żdyni na obóz roboczy, by remontować plebanię przeznaczoną na potrzeby młodzieży. Na miejscu okazało się, że budynek został przeznaczony dla pogorzelców i pobyt na Łemkowszczyźnie stał się wypoczynkowo-poznawczy, dzięki czemu uczestnicy mogli odwiedzić stare cerkwie, poznać miejscowych parafian.
Irena, nie czekając lata, podczas ferii zimowych 1984 roku zorganizowała w Jeleniej Górze na plebanii pierwsze zimowisko. – Chcieliśmy przygotować przedstawienie na spotkanie choinkowe, które miało się odbyć we Wrocławiu – wspomina. Młodzież pracowała, korzystając z gościnności o. Sławomira Chwojki, wówczas proboszcza jeleniogórskiej parafii, i matuszki Haliny. Irena zajęła się przygotowywaniem posiłków, zaś opiekę nad młodzieżą sprawowali, duchową – o. Sławomir i Jan Piruta, pedagogiczną Mirosława Popiel przy pomocy Joanny Dudy. Pod reżyserskim okiem Piotra Dudycza, studenta wydziału wokalno-aktorskiego, powstawał „Kopciuszek”, który uświetnił zorganizowaną przez Bractwo Młodzieży Prawosławnej choinkę. Było jak w prawdziwym teatrze. Irena Hunczak szyła kostiumy.
Irena Hunczak ma dużą satysfakcję, że dziś jej wychowankowie pałeczkę przekazują młodszemu pokoleniu. – Pozornie z niczego można zrobić tak wiele, potrzeba tylko chęci – wyznaje i swoimi doświadczeniami dzieli się z własnymi dziećmi, zachęcając je do działalności w Bractwie.

Anna Rydzanicz
fot. archiwum Ireny Hunczak
i Iraidy Hunczak
SPROSTOWANIE
Pierwszy roboczy obóz na Grabarce w 1980 roku zorganizowali przyszli duchowni – o.o. Aleksander Konachowicz i Anatol Hajduczenia. Za pomyłkę w tekście „Bractwo łączy i rozwija” w Przeglądzie nr 4/2020 przepraszamy.

Warto przeczytać
Bractwo łączy i rozwija

Odpowiedz