Home > Artykuł > W gościnie u św. Anastazji

W gościnie u św. Anastazji

Jak chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to opowiedz Mu o swych planach – mówi mądre porzekadło. Wyjazd do św. Starca Paisjusza do Suroti zaplanowany był od wielu tygodni. Ale gdy dojechaliśmy na miejsce, brama była zamknięta. Wisząca na niej kartka głosiła, że w pierwszy tydzień wielkiego postu siostry nikogo nie przyjmują. O tym samym mówiła automatyczna sekretarka. Co chwilę podjeżdżały samochody, z zawiedzionymi tak jak my pielgrzymami. Wtedy w myślach powiedziałem Starcowi: jak chcesz, byśmy Cię odwiedzili, to otwórz bramę. Nie otworzył. Ale przysłał następne auto, którego kierowca po przeczytaniu kartki stwierdził, że w takim układzie jedzie kawałek dalej, do monasteru św. Anastazji i jak chcemy, to możemy jechać za nim. I tak trafiliśmy w miejsce, o istnieniu którego nie mieliśmy nawet bladego pojęcia.

Ośmielam się zasugerować wszystkim paniom, by następnym razem gdy wasi mężczyźni będą jechać na Atos, zabrać się z nimi i wysiąść chwilkę wcześniej ponad wsią Vasilika, w monasterze, o którym piszę. A to z tego powodu, że został zbudowany sto lat wcześniej niż pierwsze atoskie i kto wie, czy nie na nim właśnie się one wzorowały. Tak czy inaczej, zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz wygląda dokładnie tak, jak klasztory na Świętej Górze i takaż sama cudowna panuje tam atmosfera. A i świętościami, jak zaraz się przekonacie, zupełnie im nie ustępuje.
Zacznę jednak tę opowieść od patronki monasteru, czyli św. Anastazji. Urodziła się w Rzymie, bardzo dawno temu, bo z końcem trzeciego wieku. Jej mama była tajną chrześcijanką i zadbała o takież wychowanie córki, w tajemnicy przed jej ojcem poganinem, który ostatecznie wydał córkę za mąż wbrew jej woli. Anastazja nadludzkim wysiłkiem dosyć długo powstrzymywała męża przed współżyciem, a gdy zdała sobie sprawę, że symulowanie ciężkiej choroby już nie pomoże, pomógł sam Chrystus, któremu już dawno się ofiarowała. Ciężko zachorował bowiem mąż i wkrótce umarł. Była więc wolna, choć smutna, bo żal jej było człowieka. W zamian jednak, mogła zacząć żyć tak jak chciała, a że miała teraz majątek, mogła zacząć pomagać bliźnim, czego pragnęła najbardziej. Rzuciła się więc w wir pracy charytatywnej, pomagając przede wszystkim chorym i uwięzionym oraz cierpiącym z powodu czarnej magii i uroków. Stąd w całej Grecji nazywana jest „Farmakolitrią”, czyli pomagającą w chorobach i otruciach, a w krajach ruskich „Узорешительницей”, czyli tą, która pomaga zdjąć kajdany chorób przede wszystkim duchowych, ale także i te fizyczne, nakładane chrześcijanom w czasach pogańskich. Dlatego też w całym prawosławiu uważana jest powszechnie za wielką orędowniczkę wszystkich uwięzionych.

Prowadząc taką właśnie działalność, przemierzyła niemal całe Bałkany, docierając także do Salonik oraz w ich okolice. Wszyscy znają tutaj opowieść o trzech siostrach – Agapi, Chionie oraz Irinie, którymi przyszła święta opiekowała się w więzieniu, do którego trafiły jako chrześcijanki. Z wielkim poświęceniem służyła im aż do śmierci, która dosięgła święte męczennice na stoku wzgórza, w miejscu, w którym dziś stoi monaster. Jej działalność kłuła w oczy ówczesne władze tak bardzo, że w końcu straciły cierpliwość i uśmierciły naszą świętą, smażąc ją na rozpiętym nad ogniskiem ruszcie. Działo się to w roku 303 lub 304. Nietlenne, niedotknięte spalenizną moszczi pewna bogobojna kobieta pogrzebała w swoim ogrodzie, skąd pod koniec piątego wieku przeniesiono je do Konstantynopola i pochowano w dedykowanej męczennicy cerkwi. Jak okazało się później, była to jedyna świątynia w całej stolicy Bizancjum, której nie dotknęła herezja arianizmu i z niej właśnie zaczęło się odrodzenie ortodoksji. W wieku dziewiątym święta cesarzowa Teofano, ze względu na wielką rolę Anastazji w utwierdzeniu oraz rozwoju chrześcijaństwa w greckiej Macedonii, przekazała czaszkę oraz część prawej nogi świętej męczennicy do monasteru w Vasilika. Obie relikwie spoczywają tam do dziś.
Święty, Patriarszy i Stauropigialny Monaster św. Anastazji – bo tak brzmi jego pełna i oficjalna nazwa – swoje istnienie zawdzięcza owej cesarzowej Tefano, która zbudowała go w roku 888. To właśnie ona zapewniła klasztorowi także opiekę cesarską, podarowała moszczi, cząsteczkę drzewa Krzyża Świętego, ziemie na utrzymanie i to wreszcie z jej powodu pobliską wieś nazwano Vasilika, czyli cesarska. Nie mogę więc pominąć jej osoby w tym opracowaniu.
Teofano cesarzową była za dnia, a nocami przeistaczała się w anioła miłosierdzia. Zdejmowała wtedy swoje paradne szaty, a nawdziewała zwyczajne, w jakich chadzał lud. Nikt też nie wiedział, że pod spodem, na gołym ciele nosiła włosienicę. W takim stroju obchodziła wszystkie biedniejsze dzielnice miasta, wszędzie rozsiewając swoją miłość, niosąc pomoc i wsparcie. Za dnia, będąc cesarzową, siadała co prawda przy suto zastawionym stole, ale ograniczała się wyłącznie do potraw postnych, najczęściej chleba i warzyw. Nocą zaś rozdawała wszystko, co zostało w imperatorskiej kuchni. Nie żałowała też swoich klejnotów i drogocenności. Wszystkich swoich służących traktowała jak braci i zawsze zwracała się do nich po imieniu. Nigdy, co oczywiste, nie pozwalała na kary cielesne. Cały pałac wiedział również, iż sypiała na zwykłej derce leżącej na podłodze i nigdy nie korzystała z pysznego łoża z baldachimem. Nikt zaś nie wiedział, że tak ascetyczny tryb życia doprowadził ją do ciężkiej choroby, którą nadwornemu medykowi nakazała zachować w najgłębszej tajemnicy. Cierpiała więc w ukryciu, myśląc wyłącznie o potrzebujących. A gdy Pan powołał do siebie jej maleńką córeczkę, jeszcze zdwoiła wysiłki. Wiem, brzmi to jak bajka, ale bajką nie jest. Faktem jest natomiast to, iż prosty lud stolicy zwał swą władczynię „cesarzową miłości”.

Teofano udała się do Pana w roku 893 i zaraz po śmierci została przez swego męża uznana za świętą. Co niezwykłe, uczynił to jeszcze przed oficjalną kanonizacją, która i tak nastąpiła stosunkowo szybko. Jej święte szczątki kazał więc pochować niedaleko ich pałacu w Konstantynopolu, gdzie spoczywają do dziś, w patriarszej obecnie cerkwi św. Jerzego na stambulskim Fanarze.

Czy można się więc dziwić, że jej ikona znalazła miejsce w ikonostasie głównej cerkwi monasteru św. Anastazji? Zapewne nie, tak samo jak w przypadku jeszcze jednej ikony z tegoż ikonostasu, a mianowicie św. Teonasa, zwanego ktitorem, który odrodził tenże klasztor.
Otóż po śmierci św. cesarzowej Teofano, z końcem dziewiątego stulecia, monaster przechodził różne koleje losu.
Prawdziwa katastrofa dosięgła go z początkiem piętnastego wieku, gdy w roku 1430 Saloniki, a potem całą grecką Macedonię, zajęli Turcy. Zniszczony i rozgrabiony, popadał w coraz większą ruinę i zapomnienie. I gdy wydawało się, że to już koniec, sto lat później zjawił się w nim mnich, który nie tylko został jego odnowicielem, ale także doprowadził do wielkiego rozkwitu.
Zanim jednak się tu zjawił, przez wiele lat przebywał na Atosie, w monasterach Pantokrator i Simono Petra. Tam wybrał drogę ascezy połączonej z hezychazmem, który zaszczepił potem w monasterze anastazjańskim, jak powszechnie zaczęto go nazywać. Stał się więc klasztor nie tylko miejscem ogromnym (za czasów archimandryctwa św. Teonasa podwig niosło tu nawet 150 braci, którzy w pobliżu wybudowali dziewięć cerkwi), ale przede wszystkim emanującym na całą Grecję, a potem na cały prawosławny świat, hezychazmem oraz modlitwą Jezusową. Po wykonaniu tego gigantycznego zadania święty archimandryta odszedł do pustelni, przy której pobudował też czasownię. Oba te miejsca istnieją do dziś, powyżej monasteru. Tam wreszcie mógł zwielokrotnić swoje ascetyczne wysiłki, za które Opatrzność obdarowała go możliwością nadnaturalnego pomagania chorym, co czynił aż do śmierci. Ale wszystkim potrzebującym pomagał również potem, i czyni tak do dziś. Stąd przy race z jego cudotwórczymi relikwiami, znajdującymi się oczywiście w głównej monasterskiej cerkwi, modlących się nigdy nie brakuje.
Naszą przewodniczką po monasterze okazała się być pani sprzedająca w ławce. Gdy bowiem usłyszała polską mowę, zagadnęła po rosyjsku. Okazało się, że jest Gruzinką spod Tbilisi, która od dwudziestu lat mieszka i pracuje właśnie tutaj. Jaka szkoda, że zapomniałem jej imienia, bo gdyby nie ona, nigdy nie zwrócilibyśmy uwagi na jedną z ikon, która pod względem artystycznym okazała się być bardzo przeciętna, ale pod względem duchowym jeszcze jednym skarbem tego monasteru. Gdy więc zaprowadziła nas pod ową ikonę Bogarodzicy, poprosiła, by przyjrzeć się jej dłoniom. – Takie jakieś czarne – skonstatowaliśmy. – Otóż to! – odpowiedziała. To ślady po niedawnym mirotoczeniu. Mirro nie wyschło jeszcze dobrze i dlatego dłonie Matki Bożej wyglądają jak sczerniałe.
Przykładamy się więc do świętości i podpytujemy o co tylko się da naszą przewodniczkę. Okazuje się, że w tym naprawdę olbrzymim monasterze mieszka obecnie tylko trzech mnichów. Postanowiono więc większą jego część przeznaczyć na hotelik dla pielgrzymów. Już trwają prace i w przyszłym roku powinny się zakończyć. Środki dawno już pozyskano z UE, część na hotel, część na remont jako taki. I uczciwie trzeba przyznać, że widać, na co one idą. Na razie z zewnątrz korpus monasterski wygląda jak prawdziwy cukiereczek, a główna cerkiew (katolikon) odzyskała pełen blask.
Gdy po opuszczeniu klasztornych murów siedzimy w monasterskim kafenijo, z doprawdy bajecznym widokiem na całą okolicę, delektując się filiżanką wybornej kawy oraz przepysznym lukumi, daje znać o sobie moja turystyczna dusza. No bo na Atos stąd niedaleko, do Suroti i Starca Paisjusza dziesięć kilometrów, do Salonik, a więc św. Dymitra, św. Grzegorza Palamasa i apostoła Pawła – że wymienię tylko największe sołuńskie świętości – najwyżej czterdzieści. Upewniam się więc, iż koncepcja, byście wysłały Panie swoich mężów na Atos, a same zakotwiczyły tutaj właśnie, zasługuje co najmniej na rozważenie.

Paweł Krysa
fot. autor

Warto przeczytać
Tysiące pielgrzymów u mogiły świętego Paisjusza Hagioryty

Odpowiedz